niedziela, 4 października 2020

Butterfly Pea Tea

Dzisiejszy wpis poświęcony będzie nietypowej roślince, a mianowicie klitorii ternateńskiej (Clitoria ternatea) znanej szerzej jako Butterfly Pea Tea. :) 

Roślinka owa pochodzi, tak jak i sama herbata zresztą, z Azji, a ściślej można ją spotkać w Tajlandii, Chinach i Indiach. Parzeniu podlegają jej suszone kwiaty, które mają urokliwy, błękitny kolor, powiedziałabym - chabrowy, jednak może się wahać w odcieniach od niebieskiego po fioletowoniebieski. 

Napar z klitorii ternateńskiej ma podobno wiele właściwości zdrowotnych - może działać przeciwbólowo, przeciwzapalnie, antystresowo i relaksująco, pobudzać pracę mózgu, a także wspierać metabolizm oraz wzmacniać odporność organizmu. Co istotne, zawiera on również dużo przeciwutleniaczy.

Kwiaty parzymy wrzątkiem przez 7-10 minut. Ich liczbę dodajemy wedle uznania, ale najlepiej dać kilka kwiatów (4-6) na 250 ml wody. Jak widać na fotografii poniżej, zastosowałam inne proporcje, gdyż wrzuciłam 6 kwiatów do gaiwana o pojemności ok. 125 ml.  Barwią one napar na wspaniały, głęboki kolor! Określiłabym go jako odcień błękitu pruskiego lub indygo (naturalne, takie jak barwa dżinsów, nie fioletowy kolor w informatycznym systemie hex). 

Smak jest specyficzny, słabo wyczuwalny, przede wszystkim czuć lekką ziołową i trawiastą nutę. Jest ona jednak przyjemna i dość subtelna w przeciwieństwie do większości znanych mi ziół. :)

Błękitna barwa jest nader fascynująca, ale w moich oczach staje się jeszcze ładniejsza, gdy do naparu doda się soku z cytryny! Zmienia się on wtedy w głęboki i soczysty fiolet! Magia! :D Uwarunkowana oczywiście chemicznie, zmianą PH na kwasowe. W zależności od dodanej ilości soku cytrynowego barwa może się różnić, począwszy od niebieskofioletowego (chaber oraz indygo w wersji hex) po wyrazistą fuksję.

Parzące się kwiatuszki:

Piękny, błękitny kolor widoczny najlepiej jest na łyżeczce:

Fiolet w akcji:


Kwiatek do kwiatka - napar z klitorii w towarzystwie storczyka o podobnej barwie ;)

sobota, 19 września 2020

Pozbywanie się herbat cz. 1

Herbaty zbieram i piję namiętnie od lat! Od pewnego czasu jednak odnoszę nieodparte wrażenie, że mam ich za dużo, kupionych w herbacianym szale i pragnieniu poznawania nowości. Znakomitej większości z nich nie piję, leżą te listki odłożone w kąciku i patrzą smutno, prosząc o chwilę uwagi. 

Gust herbaciany mam od dawna wyrobiony. Utwierdzam się w przekonaniu, że nie lubię zielonych herbat, z kilkoma wyjątkami. Serdecznie nie znoszę od lat pu-erhów. Niezmiennie uwielbiam herbaty czarne i turkusowe oraz niektóre białe. Wystarczy mi w domu po kilka przedstawicieli tych rodzajów i tyle.

Nakupowałam z kilka rodzajów herbat zielonych i teraz się z nimi męczę. Co mam więc począć z pełnowymiarowymi saszetkami i próbkami herbat o różnej barwie i smaku? Ano wypić! ;) Wyrzucić byłby to najcięższy grzech herbaciarza!

Fog Green Tea

To klasyczna zielona herbata z Chin, prowincji Hubei o ciemnozielonych listkach. Fotki nie będzie, bo nie zrobiłam. Napar w smaku dla mnie dosyć paskudny - niby delikatny, ale trawiasty i z dużą goryczką. Żadnych kwiatów ani masła nie wyczułam. Zdołałam wypić dwa parzenia. Serdecznie podziękuję! Już jej nie mam w zasobach, hurra! 

Gunpowder z czarną porzeczką i żeń-szeniem

Dosyć przyjemna w smaku aromatyzowana zielona herbata, głównie dzięki dodatkom, jednak jako już rzekłam, nie gustuję w zielonych... Tutaj także wyczuwalna jest goryczka i roślinność smaku charakterystyczna dla zielonych herbat. Fotki również brak.

China Snow Buds 

Mam mieszane odczucia odnośnie tej herbaty. To herbata biała, jak nazwa wskazuje, oczywiście z Chin, prowincji Yunnan, po polsku można ją przetłumaczyć jako "Śnieżne Pąki". Zaparzyłam ją dwukrotnie w ok. 77-80 stopniach C, najpierw przez 3 minuty, a potem 5, a później jeszcze dwukrotnie inną, znacznie mniejszą porcję liści.

Po pierwszym parzeniu zwrócił moją uwagę przede wszystkim ładny, lekko różowawy kolor naparu. Smak względnie delikatny, wyczuwalna jest w tle smużka prażonych ziaren, jednakże w momencie przełykania i po przełknięciu na języku pozostaje bardzo gorzki posmak. Psuje on mój odbiór tej herbaty.  Z kolei napar po zaparzeniu mniejszej porcji liści (resztka) zawierał w smaku znacznie mniej goryczki. Stąd wniosek, że tej herbaty nie należy parzyć metodą gong fu cha (ok. 1/3-1/2 liści na gaiwan), tylko bardziej w "zachodni" sposób (ok. 1/4 listków na gaiwan). 

 
 

Hawaii Kīlauea Mountain Oolong

To oolong, który, zgodnie ze swoją nazwą, rośnie na zboczach wulkanu Kilauea na wyspie Hawai'i. Ma ciemnobrązowe listki.

Zrobiłam 3 parzenia w temperaturze 96-90 stopni C przez kilkadziesiąt sekund. Ta herbata potwierdziła moją miłość do oolongów! :) Pierwszy i drugi i trzeci łyk – pychota! Cudowny, kwiatowo-miodowy smak we wszystkich parzeniach, zero goryczki! Czuć miodowy posmak przede wszystkim w pierwszym parzeniu, przy dalszych staje się bardziej kwiatowy. Kolor naparu piękny - bursztynowo-miodowy. Kilauea oolong to niezwykle rzadki rarytas, jednakże zdecydowanie warto go poznać!

 
 

 



niedziela, 20 października 2019

Zhen Shan Xiao Zhong 2018

Nie było mnie tu już ponad rok!
Wiadomo, życie.
Czas nieco ożywić bloga.

Skoro reaktywacja, to i herbata musi być odpowiednia. Z wysokiej półki. :)
Wybrałam w tym celu Zhen Shan Xiao Zhong z 2018 roku.
Kupiłam tylko 5 g próbkę w Czarce w Krakowie. Estetycznie opakowanie - elegancka próżniowa torebeczka, wzmocniona od wewnątrz kartonikiem - znakomicie oddaje jakość smaku Zhen Shan Xiao Zhong
Ta czarna herbata pochodzi z Chin z rezerwatu Tongmu Guan, w paśmie gór Wuyi, w prowincji Fujian.
Zalicza się do grupy Lapsang Souchong.
Jej walory smakowe zależą bowiem od specjalistycznego procesu obróbki.
Aby nie mnożyć bytów bez potrzeby, zainteresowanych szczegółowym opisem produkcji omawianej herbaty odsyłam do strony Czarki.

To cud, miód i orzeszki, nie herbata! ;)
Po pierwsze, smak Zhen Shan Xiao Zhong jest istotnie wędzony, jednak w wydaniu nader subtelnym. Według mnie to wykwintny, lekki, dymny aromat suszonych owoców (ściślej śliwek), nie tak nachalny, jak w zwykłym Lapsangu*. Zapach unosił się już po otwarciu torebeczki.
Po drugie, herbata nie zawiera absolutnie żadnej goryczki! W dodatku jest bardzo aksamitna w odczuciu, miękko przepływa przez gardło.
Po trzecie, jest wyjątkowo wydajna - wytrzymała aż 8 parzeń i długo utrzymywała swoje walory kolorystyczne i smakowe.
W przeciwieństwie do wielu herbat, które w teorii można wielokrotnie zaparzać, różnica smaku między 1 a 4 parzeniem była niewielka.
Lżejsze zabarwienie naparu widoczne natomiast było już po 2 zaparzeniu.
Koniecznie muszę dokupić ten rarytas!


Listki przed zaparzeniem:

I parzenie:

 Listki po zaparzeniu:

Różnica między I a II parzeniem (I po prawej, II po lewej):

Gustowna torebeczka:


* Lapsang od jakiegoś czasu był na mojej liście herbat zakazanych, jednak ostatnio znów się do niego przekonałam - piję go w połączeniu z Earl Greyem lub Śniadaniem w Krakowie (Five O'Clock). Ot, dzięki temu uzyskuję własnego Hrabiego Harlemu. :D (być może pamiętacie, tutaj pisałam o The Earl of Harlem z Ambessy)

sobota, 11 sierpnia 2018

Hawaii Kīlauea Mountain Oolong

Zaniedbałam mocno bloga ostatnimi czasy - ostatni wpis był z zeszłego roku, a mamy już sierpień 2018...
Tradycyjnie, podczas płodzenia artykułu naukowego szukam wszelkich innych zajęć, żeby tylko nie pisać tekstu. :P Padło na parzenie herbaty.

Dość dawno temu kupiłam w Five O'Clock dość nietypowy oolong, bo pochodzący z... Hawajów, o nazwie Hawaii Kīlauea Mountain Oolong.
Zalicza się do mniej oksydowanych herbat turkusowych, ma ładne, lekko pozwijane, ciemnozielone listki, a wśród nich gdzieniegdzie połyskują białe tipsy.  Niezaparzona herbata pachnie lekko kwiatowo.
Zaś po zaparzeniu napar smakuje bardzo dobrze - ten z 1 parzenia jest przepyszny! Wyczuwam lekki, ale wyrazisty kwiatowo-miodowy posmak. 2 parzenie było bardziej przepełnione goryczką i mocniej miodowe, bez kwiatów, zaś 3 znów odezwało się kwiatową nutą, ale już nie tak smaczną jak 1.

Zaparzyłam tę herbatę w shiboridashi autorstwa Pana Andrzeja Bero i w takiejże czareczce. Nie chwaliłam się tym ceramicznym nabytkiem jeszcze na blogu. Zawsze marzyłam o dołączeniu przepięknych wyrobów Pana Andrzeja Bero i wreszcie, rok temu na Festiwalu Herbaty w Cieszynie udało mi się to marzenie spełnić. :)
Naczyńko ma przepiękny błękitno-liliowy odcień w miejscach pokrytych barwnikiem oraz ceglasty w partiach surowej gliny.

1 parzenie i widok herbaty przed zaparzeniem:


 







wtorek, 21 listopada 2017

Karak chai

Karak chai (شاي كرك),
czyli czarna herbata z mlekiem, cukrem i kardamonem, to napój szeroko rozpowszechniony w krajach Zatoki Perskiej, a szczególnie w Katarze i Emiratach Arabskich.
Jego skład jest zbliżony do masala chai, jednak zamiast wielu orientalnych przypraw do naparu dodaje się tylko jedną - kardamon.  Istnieją jednak różne wariacje karak chai - np. z dodatkiem imbiru albo mleka skondensowanego zamiast zwykłego.
Jak się przypuszcza, karak chai zadomowił się w Zatoce Perskiej dzięki indyjskim imigrantom ekonomicznym. 
To herbata w sam raz dla mnie, gdyż uwielbiam smak i zapach kardamonu. <3

Zrobiłam karak chai w najbardziej tradycyjnym wydaniu.
4 torebki herbaty (najlepiej Assam lub Ceylon, w moim przypadku mój ulubiony Earl Grey) na ok. 250 ml wody. Po zagotowaniu wody dodałam kilka ziaren kardamonu (wrzucam je bez łupinki, chociaż inni wykorzystują ziarna w całości) oraz 2 łyżki miodu jako alternatywę dla cukru. Następnie dolałam ok. 250 ml mleka. Całość zagotowałam i trzykrotnie doprowadziłam do niemal pełnego wykipienia (podobnie jak w przypadku kawy parzonej po turecku, smak naparu ponoć wówczas jest lepszy).
Do karak chai dodaję często również wody różanej, popularnej w krajach Bliskiego Wschodu. Napar smakuje wówczas cudownie. <3 I zgodnie z duchem Lewantu. ;)

Karak chai z wodą różaną:

 
Karak chai w wersji klasycznej:


wtorek, 31 października 2017

W pogoni za utraconym latem

Lato odeszło ustępując jesieni, która zwiastuje już nieubłaganą zimę. Za oknem zazwyczaj chłodno, ponuro i deszczowo, chociaż dziś nawet słońce wyjrzało zza chmur.
Ku mojemu utrapieniu "Winter is coming", a niestety jest jeszcze za wcześnie, żeby odpowiedzieć słowami Marka Antoniusza z Rzymu "Winter does not last forever. Spring comes. Snows melt. Snows always melt". ;)

Z inspiracji Kuzynki, która przesłała mi ten przepis autorstwa Blue Raven (tutaj), zrobiłam kiedyś miksturę z miodu lipowego, imbiru, cytryny i limonki.
W dwóch odsłonach: w mniejszym słoiczku umieściłam plasterki limonki, a w większym cytryny. Poniżej widoczny jest mniejszy słoiczek, jak widać po etykietce, kiedyś znajdowało się w nim curry z Madrasu. ;)


Ta mieszanka dodana do wody, herbaty lub mleka ma podobno walory przeciwprzeziębieniowe, można ją stosować również profilaktycznie. Solidna dawka witaminy C gwarantowana!
W przepisie powyżej zalecana jest dawka 1 łyżeczki na szklankę płynu, jednak wg mnie warto dodawać co najmniej 2, żeby walory smakowe były lepsze.
Moim zdaniem mikstura z cytryną smakuje lepiej niż z limonką, a najlepiej robić ją z jednym i drugim cytrusowym składnikiem.


Lato przypomina mi również jedno z moich ukochanych dań - kurczak z curry w mleku kokosowym. Przyrządzam go według tego przepisu (tutaj), aczkolwiek pozwalam sobie na różne drobne odstępstwa np. dodanie garam masala czy harissy.
Poniżej kurczak w towarzystwie kolejnej potrawy - ryżu z marchewką, cukinią i orientalnymi przyprawami.


A tutaj z kuskusem.





sobota, 26 sierpnia 2017

Earl Grey Dilmah

Przez tyle lat i postów jeszcze nie poświęciłam osobnego wpisu mojej ulubionej codziennej herbacie, którą od dawna piję hektolitrami.

Mowa o torebkowym wydaniu Earl Grey Dilmah. Z uwagi na pakowanie to bardzo wygodna herbata do zaparzenia w pracy i w domu, gdy brakuje czasu lub ochoty na celebrację w stylu np. gong fu cha. Testowałam już wiele Earl Greyów różnych firm (Ahmad, Tetley, Lipton, Twinnings, Tea Club, Premier's Tea) i żaden z nich aromatem i smakiem nie dorównywał Dilmah. 
W naparze Dilmah odczuwalna jest równocześnie nuta i goryczka czarnej herbaty oraz wyrazisty smak bergamotki. Pyszności! :)

Poniżej czarka z herbatą w towarzystwie chińskiego czajniczka yixing, orientalnego słonika-świecznika oraz indyjskiego mosiężnego naczyńka na czterech nóżkach. :)
Gdy robiłam poniższą fotografię, byłam przekonana, że jedynym (quasi)indyjskim elementem na fotce będzie słonik (wzornictwo indyjskie, mimo iż "made in China" ;)), jednak w trakcie pisania tego posta podkusiło mnie, żeby sprawdzić, jakiej produkcji jest starodawne naczyńko. No i proszę, na denku widnieje napis: MET HLS INDIA". Co za zbieg okoliczności! :)  


Sama herbata Earl Grey to produkt o mieszanej chińsko-brytyjskiej proweniencji. Popularną legendę o herbacianym darze, jaki otrzymał Charles hrabia Grey od pewnego mandaryna chińskiego w podzięce za uratowanie syna raczej należy uznać za ubarwioną. Sam lord nie był nigdy w Chinach, nie znano tam również metody dodawania do naparu olejku bergamotowego. Grey mógł więc otrzymać czarną herbatę od chińskiego ambasadora w Wielkiej Brytanii, jednak bez dodatku bergamotki. Aromat bergamotowy mógł zostać dodany później, w trakcie brytyjskich eksperymentów herbacianych. Więcej o historii Earl Greya i domysłach badaczy na temat podarowanej lordowi chińskiej herbaty można poczytać np. tu i tutaj.  

Wszystkim pijącym Earl Greya życzę miłej degustacji! :)


wtorek, 15 sierpnia 2017

Thé en Occitanie

Uwielbiam zbierać herbaty i herbaciane wspomnienia z różnych zakątków świata.
Na Środkowym i Dalekim Wschodzie jeszcze nie byłam, muszą mi więc wystarczyć indyjskie, chińskie i japońskie herbaty dostępne w Polsce. Bliskowschodnich (a ściślej arabskich) wpływów liznęłam trochę w słonecznej Andaluzji, a teraz nadszedł czas na Oksytanię, chociaż bardziej podoba mi się nazwa Langwedocja.

Oksytania (Occitanie) to nowy region w południowo-zachodniej Francji powstały w styczniu 2016 na mocy połączenia dwóch dawnych departamentów Languedoc-Roussillon i Midi-Pyrénées. Jego obecna nazwa i kształt bardziej odpowiada historii tego obszaru.
Marzyłam o odwiedzeniu Oksytanii przez kilkanaście lat, odkąd dowiedziałam się o bogatej mieszance kulturowej tego regionu. Swego czasu interesowałam się wierzeniami i kulturą albigensów oraz przede wszystkim twórczością truwerów i trubadurów!
Wprawdzie już dawno temu moja fascynacja tym zagadnieniem osłabła, jednak cieszę się, że mogłam wreszcie zobaczyć najważniejsze ośrodki ruchu katarów.

À propos trubadurów... nawet mają swoją ulicę w Carcassonne. :)


Jak już wspominałam nieraz na blogu (tu i tutaj), w Andaluzji tradycja picia herbaty jest nadal bardzo silna, w każdym mieście można natrafić na urokliwie urządzone teteríe w stylu orientalnym z sziszami, poduchami, dywanami, lustrami i bogatą ornamentyką na ścianach. ♥ 
A jak rzecz się ma w Oksytanii?

Ku mojej radości w tym rejonie również jest dużo herbaciarni (salons du thé)!
Nie powinno to dziwić, zwłaszcza, że południe Francji zawsze ciążyło bardziej ku Hiszpanii, a język oksytański ma więcej wspólnego z katalońskim niż francuskim. ;)
Podobnie jak w Walencji ulice w miasteczkach opisane są w dwóch językach - francuskim i oksytańskim. Czasem nawet można i kataloński spotkać, czego przykładem jest np. opactwo Saint-Michel de Cuxa (francuski) - Sant Miquel de Cuixà (kataloński).  

"Herbaciane salony" znajdują się m.in. w Tuluzie, Carcassonne, Béziers, Albi, Saint-Guilhem-le-Désert i w Castres. W większości są to jednak sklepiki z herbatami i herbacianymi utensyliami. Czasem zdarza się, że w ofercie bywa również możliwość napicia się tego naparu bogów. Zwykle są one połączone z kawiarnią i cukiernią, a nawet winiarnią. Ich herbaciana oferta nie jest bardzo wyszukana, a liście lub torebkę parzy się w typowo europejski sposób w czajniczku. Nie należy się spodziewać, żeby ktoś tam parzył herbatę metodą gongfu cha czy chanoyu albo na sposób bliskowschodni. ;)
Aczkolwiek gwoli ścisłości w dwóch salons du thé zoczyłam gaiwany, czajniczki z glinki yixing i żeliwne

W jednym z nich, w Carcassonne, nawet możliwe jest, że stosuje się gongfu cha, gdyż w tej herbaciarni znajdowało się sporo wschodnich utensyliów, a nawet posążki Buddy.
Tam kupiliśmy sobie przeuroczy błękitny czajniczek z Tybetu z metalowymi okuciami. Spoglądał na nas z wysokości półeczki i prosił, aby go przygarnąć, nie mogliśmy się mu oprzeć. Pełni on funkcję wyłącznie dekoracyjną. 


Tam też kupiłam czarną herbatę z dodatkiem wanilii i czerwonych owoców - Thé de la Cité w czarnej torebce. Herbata jest smaczna i intensywna, poniżej widać ją w trakcie parzenia i smakowania. Błękitna czarka jest moja, zaś czarny czajniczek z chińskim smokiem należy do Właścicieli wynajmowanego przez nas domku. :)



Z kolei herbata w pudełeczku koloru fiołkowo-liliowego - Macaron Violette - to zakup z Saint-Guilhem-le-Désert. Mieszanka zielonej i czarnej herbaty z dodatkiem płatków róż, malwy, jaśminu i pomarańczy, nazwana na cześć fiołkowych ciasteczek macarons à la violette. Jeszcze jej nie testowałam. 

Odkąd dowiedziałam się na studiach o istnieniu opactwa Saint-Guilhem-le-Désert i gdy zobaczyłam jego zdjęcia pokazywane na slajdach w sali wykładowej, zakochałam się i marzyłam, aby je kiedyś zobaczyć. ♥ Samo opactwo ku czci św. Wilhelma (hrabiego Tuluzy, księcia Akwitanii i fundatora klasztoru) robi większe wrażenie na zdjęciach niż w rzeczywistości (wyobrażałam sobie je bardziej "monumentalnie"), ale całe miasteczko jest przeurocze. Na pewno zostanie mi w pamięci. Szkoda tylko, że to już turystyczna masówka z mnogością zwiedzających i sklepików nastawionych na turystów. Trochę byłam tym zaskoczona, gdyż u nas w Polsce mało kto słyszał o Saint-Guilhem-le-Désert.
Chociaż sporo osób zjeżdża do tego miasteczka tylko po to, aby z braku dostępu do morza poplażować i wykąpać się w rzece Hérault. :D

Widok na piękne opactwo, zaliczane do tzw. pierwszej sztuki romańskiej (premier art roman / art roman lombard):





niedziela, 19 lutego 2017

Herbata Mnichów & Rooibos Sunrise

Ojej, jak dawno mnie tu nie było! Prawie trzy miesiące! Nawet nie wiem, kiedy ten czas zleciał.

Herbata Mnichów, jedna z moich ulubionych aromatyzowanych herbat, przez tyle lat jeszcze nie doczekała się osobnego wpisu. W styczniu zużyłam jej ostatnie zapasy, więc trzeba było ją uwiecznić! <3

To mieszanka czarnej i zielonej herbaty z dodatkiem jaśminu, wanilii i bergamotki. Szczególnie sobie cenię zapach i smak bergamotki, dlatego ta herbata kojarzy mi się z moich ulubionych Earl Greyem.
Ma charakterystyczny, intensywny smak hebraciano-kwiatowy. Paluszki lizać! :)

Poniżej w porcelanowym czajniczku i w czareczkach o chińskiej ornamentyce znajduje się Herbata Mnichów. Towarzyszy jej Rooibos Sunrise firmy Richmont w metalowym czajniczku. O Roiboosie pisałam tutaj.
Jako że herbata ma wschodnie korzenie, aromat kadzidła sprzyja atmosferze, a hasło "mnich" ostatnio wywołuje u mnie głównie skojarzenie z klasztorami buddyjskimi, kominka zapachowego i świeczek zabraknąć nie mogło! :)




środa, 7 grudnia 2016

Domowa Sushi-arnia z dodatkiem senchy

Dawno nie publikowałam czegoś stricte japońskiego na blogu. :)

Kultura, sztuka, filozofia i kuchnia japońska fascynują mnie od dawna.

Sushi jadłam już kilkakrotnie, tym razem postanowiłam zrobić samodzielnie futomaki.
Na składniki wnętrza wybrałam wędzonego łososia (lepiej nie ryzykować otrucia się surową rybą ;)), liście sałaty zielonej oraz tykwę marynowaną w sosie sojowym (kanpyō).

Oto moje futomaki w towarzystwie sosu sojowego, chrzanu wasabi i imbiru marynowanego:


Nie chwaląc się, jestem zadowolona z efektu i smaku. :)
Spodziewałam się, że wykonanie rolek będzie znacznie trudniejsze. Wbrew pozorom najbardziej upierdliwe było przygotowanie ryżu do sushi. Płukanie go x razy, gotowanie i ostudzanie.
Podobno sushi w wydaniu wytrawnego specjalisty nie powinno mieć fragmentu płata alg wewnątrz ryżu. Moje rolki niestety mają, jednak nie narzekam, skoro to pierwszy raz.

Zjadłam całość prawie sama. Moi Domownicy, z jednym chlubnym Wyjątkiem, nie tknęli tego "świństwa" (bo glony i tykwa, która wygląda jak ...). :P

I kolejne jadło, tym razem onigiri wegetariańskie. Kupione, mojego autorstwa jest jedynie kompozycja rekwizytów. Towarzyszy mu sencha w czareczce (z moich domowych zapasów). Przypomniałam sobie, że japońskie zielone herbaty to nie to, co kotki lubią najbardziej. ;)


sobota, 12 listopada 2016

Herbaciana biblioteczka

Jestem uzależniona od książek. ;) Czytam je nałogowo od momentu, kiedy nauczyłam się rozpoznawać literki, co daje już spore doświadczenie czytelnicze.
Mój pokój lada chwila zmieni się w stos makulatury - książki, stosując się bezwiednie do zasady horror vacui, anektują niemal każdą pustą przestrzeń płaską. :P

W porównaniu do innych dziedzin, literatura związana z herbatą zajmuje niewielki procent (raczej promil) mojej domowej biblioteczki. To zaledwie 5 książek.

  •  Aleksandra Görlich, Ichigo Ichie. Wchodząc na drogę herbaty. Mój najstarszy nabytek herbaciany, okolice roku 2010 lub 2011. Na razie pobieżnie przejrzany, rozpaczliwie domaga się lektury.
  • Przemysław Trzeciak, Powieki Boddhidharmy. Sztuka herbaty dawnych Chin i Japonii. Równie stary skarb, także patrzy na mnie błagalnie i woła od lat: "przeczytaj mnie!"
  • Robert Maciąg, Tysiąc szklanek herbaty. Kupiłam tę pozycję bodaj w 2012. Bardzo mi się spodobała ta opowieść - ciekawy, subiektywny opis podróży po Azji z perspektywy szlaków rowerowych i herbaty. Ładne zdjęcia, sugestywny tytuł (kojarzy mi się z 1001 nocy!) i urocza okładka.
  • Robert Tomczyk, Zapiski o herbacie. Mogłam ją nabyć w 2015 dzięki Łukaszowi S. Łukaszu, dziękuję stokroć! ;) Czeka w kolejce na przeczytanie.
  •  Justyna Mrowiec, Herbata. Moc smaku i aromatu. Tegoroczny nabytek. Zawiera interesujące przepisy, z kilku skorzystałam - polecam. Np. czarna herbata z czerwonym winem i przyprawami korzennymi (anyż, cynamon) - pycha! <3


poniedziałek, 31 października 2016

Halloween... i turecka miłosc

Zaniedbałam ostatnimi czasy bloga. Zbyt dużo się działo. ;)
Dziś z okazji 31 października planowałam wpis w klimacie Halloween - darzę ten zwyczaj dużą sympatią, mimo iż przyszedł on do nas z Zachodu. Niestety nie zdołałam dziś kupić dyni i zrobić lampionu (już dzieciakiem będąc o tym marzyłam i dotychczas to tylko sfera planów ;P).
Halloween spędziłam w pracy, a wieczorem uraczyłam się Amor Turco, przywiezioną w czerwcu tego roku z Andaluzji. To herbata w sam raz na jesienne, ponure wieczory (już o 17 ciemno... to bolesne!) - czarna z płatkami róży i, jak podejrzewam, korzennymi dodatkami.






sobota, 17 września 2016

Podpłomyk i masala chai

Dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami...
przygotowałam sobie obiad w takiej oto postaci:


Nieco w orientalnym stylu.
Podpłomyk, masala chai, marokańska szklaneczka, takiż lampion i książka z kultury islamu. 

Przepyszne podpłomyki można zjeść na Festiwalu Słowian i Wikingów w Wolinie (Jomsborg-Weneta), który odbywa się co roku. Są smażone na ogniu, na płaskiej blasze i na świeżo smarowane wypełnieniem wedle uznania klienta. Do wyboru są twarożek z czosnkiem i ziołami, dżem i miód.
Ulubiłam sobie ziołowy serek, ma smak niepowtarzalny, tylko na Jomsborgu można go skosztować.  Aż mi ślinka cieknie na wspomnienie tych podpłomyków! :)

Niestety moje podpłomyki nie umywają się do tych wolińskich. Smaczne są, ale to nie to samo.
Składniki "farszu" są następujące: ser biały z cebulą, świeżym imbirem, przyprawami (oregano, bazylia, sól, pieprz, przyprawy tajskie etc.).

Zaś chai masala, nie chwaląc się, wyszła mi smakowicie. Tak ostro-korzenna i tak słodka, jak lubię. :)
Szklaneczka niestety należy już do przeszłości, w trakcie mycia rozleciała mi się na kawałeczki. Szczęśliwie zdążyłam jej wcześniej zrobić zdjęcia pro memoria.


sobota, 30 lipca 2016

Bai Ji Guan

Bai Ji Guan to kolejny rzadki oolong, którego proces obróbki jest wyjątkowo wymagający. Zalicza się do skalnych herbat turkusowych z gór Wuyi, jednak wyróżnia go ...albinoski kultywar. ;) Dlatego krzew tej herbaty jest tak kapryśny w utrzymaniu i produkcji. ;)

Pierwsza próba:
Zaparzyłam go w stylu gongfu cha w ok. 90 stopniach C - I parzenie - 35 sek., II - 50 sek., III - 2 min.
Wydaje mi się jednak, że podobnie jak w przypadku Dung Ting Hong Shui Lugu LGTTS i być może Lishan Gui Fei dłuższy czas parzenia - tj. ok 1-1,5 min. dałby lepszy rezultat.
Napar po tradycyjnym jest dość lekki, bardzo delikatny, wyczuwalna jest głównie prażona, orzechowa nuta z lekkim posmakiem słodyczy. Co jest o tyle zaskakujące, że ów oolong jest słabiej prażony.
Opisywanych na stronie Czarki smaku owoców tropikalnych nie wyczułam.
Smak Bai Ji Guan przypomina mi powyżej wspomnianą wersję Dung Tinga. Jest smaczny, ale mógłby być smaczniejszy. ;)
Została mi resztka próbki, przetestuję jeszcze raz.

Druga próba:
90 stopni C, I parzenie - 1,5 min., II - 2 min.
Smak jest bardziej wyrazisty - mocniej prażony, jednak słodycz ustąpiła miejsca dość silnej goryczce.
Napar jest smaczny, aczkolwiek gdyby nie było goryczki, byłoby lepiej. ;)


Stanowisko bojowe parzeniowe ;)

Liście przed parzeniem:



Po zaparzeniu:



I próba, I parzenie:


Książka w tle to Powieki Bodhidharmy Przemysława Trzeciaka, która czeka na przeczytanie od ładnych kilku lat. ;)
Nie mogło również zabraknąć dla dekoracji mojego ukochanego jadeitowego dysku bi, który poznaliście już w poprzednim poście. Dyski bi były popularne w starożytnych Chinach, miały znaczenie ceremonialne - były zarówno wyznacznikiem rangi społecznej, jak i też stosowano je w obrządku funeralnym, towarzyszyły zmarłym w zaświaty. 
Najpierw pozbawione były ornamentacji, a później ozdabiano je najpierw prostymi geometrycznymi wzorami, a następnie wyszukanymi wizerunkami bóstw związanych z niebem. Mój dysk przedstawia feniksy (dość nietypowe, bo o dość smokowatych cielskach) w układzie antytetycznym. <3

II próba, I parzenie:

Na koniec przykład prozy poetyckiej, który mnie zachwycił. Pochodzi z czytanego dziś przeze mnie tomiku Leopolda Staffa Fletnia chińska:

Do przyjaciela

By podziękować ci za zaznajomienie mnie z tym poematem Tsu-kia-lianga, posyłam ci kilka liści herbaty. Pochodzą one z drzewa rosnącego w klasztorze położonym na górze O-mei.
Jest to najsławniejsza herbata Cesarstwa, jak tyś jest jego najsławniejszym pisarzem. Postaraj się o niebieski wazon z Ni-hing. Napełnij go wodą ze śniegu zebranego o wschodzie słońca na wschodnim stoku góry Su-szan, postaw ten wazon na ogniu z gałązek klonowych rzuconych na stary mech, dopóki woda śmiać się nie zacznie. Wtedy wlej ją w czarkę huang-cz'a, włożywszy w nią kilka liści tej herbaty, przykryj czarkę kawałkiem białego jedwabiu tkanego w Hua-szan i czekaj, aż w pokoju twoim rozleje się woń równa tylko ogrodowi w Feng-lo. Podnieś czarkę do warg swoich i zamknij oczy. Będziesz w Raju.
(s. 65)

Szkoda tylko, że Staff tłumaczył poezję chińską z francuskiego przekładu, a tłumaczenie tłumaczenia raczej od oryginału się oddala. :P Już nie mówiąc o tym, że oryginalne utwory były klasycznymi rymowanymi utworami poetyckimi.
Pomijając powyższe, klimat Staffowej prozy jest urzekający i idealnie wprowadza w herbaciany nastrój! :)

Przy okazji, szperając w internecie, zauważyłam, że już była dyskusja na temat tego wiersza na "Herbaciarzach" - tutaj.
Jak pisze Chacom, autorem pierwowzoru był Wan Tsi/Quang Tsi, żyjący w VIII w.


środa, 27 lipca 2016

Oolongowe rarytasy

Dawno mnie tu nie było! :)

Czas przenieść się z Bliskiego Wschodu znów w rejon Dalekiego Orientu.
Jak zwykle, kolejna porcyjka oolongów. ;)


Wuliangshan Gaoshan Oolong

Mocno oksydowany oolong pochodzący ze zbiorów w Yunnanie z 2008 r.
Herbata godna polecenia dla wielbicieli  mocno fermentowanych oolongów.
Na oko dałabym z 60-70 % oksydacji. 
Rzeczywiście mocno wydajna herbata - wytrzymała 9 parzeń. :) Aczkolwiek ostatnie dwa były już "trawiaste". Barwa naparu, jak na fermentowany oolong przystało, żółtopomarańczowa.
Wyczuwalna jest w smaku silna nuta drzewna i prażona, a także niestety lekka goryczka.
Liście po zaparzeniu wydzielają ciekawy zapach - nie do końca prażony, jakby z nutą słodyczy.

I parzenie - 25 sek., II - 15 sek., III - 15 sek., IV - 20 sek. V - 30 sek.


Liście przed i po zaparzeniu:



Gaiwan, czareczka w towarzystwie jadeitowego dysku bi oraz książki traktującej o sztuce azjatyckiej: 
 

Napar w czareczce:





Przy okazji pochwalę się ozdobioną przeze mnie czareczką:




Kaoribi Oolong

Bardzo nietypowa herbata turkusowa, bowiem pochodząca z ...Japonii!
A konkretnie z ogrodu Pana Shibamoto w Makinoharze (prefektura Shizuoka).
Taki japoński rodzynek, bowiem Japończycy specjalizują się głównie w herbatach zielonych, oolongi to u nich rzadkość.
Kolor naparu całkiem ładny - zielonożółty, z przewagą żółci.
Wystarczy wypić pierwszy łyk, aby wyczuć, że to japońska herbata. Smak bardzo...zielony. ;) Powiedziałabym, że na pograniczu słabo oksydowanych oolongów i herbat zielonych.

Wyczuwam też coś jakby lekki posmak słynnego umami. Na szczęście do gyokuro tej herbacie daleko. Całkiem smaczna. Najlepszy jest posmak, który zostaje na języku po jej skosztowaniu - miodowa słodycz.
Drugie parzenie niestety jest już niesmaczne - za zielone i trawiaste. ;)

I parzenie - 35 sek., II - 25 sek.

Liście przed i po zaparzeniu:


Napar w kolejnej czarce: