Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gaiwan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gaiwan. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 października 2020

Butterfly Pea Tea

Dzisiejszy wpis poświęcony będzie nietypowej roślince, a mianowicie klitorii ternateńskiej (Clitoria ternatea) znanej szerzej jako Butterfly Pea Tea. :) 

Roślinka owa pochodzi, tak jak i sama herbata zresztą, z Azji, a ściślej można ją spotkać w Tajlandii, Chinach i Indiach. Parzeniu podlegają jej suszone kwiaty, które mają urokliwy, błękitny kolor, powiedziałabym - chabrowy, jednak może się wahać w odcieniach od niebieskiego po fioletowoniebieski. 

Napar z klitorii ternateńskiej ma podobno wiele właściwości zdrowotnych - może działać przeciwbólowo, przeciwzapalnie, antystresowo i relaksująco, pobudzać pracę mózgu, a także wspierać metabolizm oraz wzmacniać odporność organizmu. Co istotne, zawiera on również dużo przeciwutleniaczy.

Kwiaty parzymy wrzątkiem przez 7-10 minut. Ich liczbę dodajemy wedle uznania, ale najlepiej dać kilka kwiatów (4-6) na 250 ml wody. Jak widać na fotografii poniżej, zastosowałam inne proporcje, gdyż wrzuciłam 6 kwiatów do gaiwana o pojemności ok. 125 ml.  Barwią one napar na wspaniały, głęboki kolor! Określiłabym go jako odcień błękitu pruskiego lub indygo (naturalne, takie jak barwa dżinsów, nie fioletowy kolor w informatycznym systemie hex). 

Smak jest specyficzny, słabo wyczuwalny, przede wszystkim czuć lekką ziołową i trawiastą nutę. Jest ona jednak przyjemna i dość subtelna w przeciwieństwie do większości znanych mi ziół. :)

Błękitna barwa jest nader fascynująca, ale w moich oczach staje się jeszcze ładniejsza, gdy do naparu doda się soku z cytryny! Zmienia się on wtedy w głęboki i soczysty fiolet! Magia! :D Uwarunkowana oczywiście chemicznie, zmianą PH na kwasowe. W zależności od dodanej ilości soku cytrynowego barwa może się różnić, począwszy od niebieskofioletowego (chaber oraz indygo w wersji hex) po wyrazistą fuksję.

Parzące się kwiatuszki:

Piękny, błękitny kolor widoczny najlepiej jest na łyżeczce:

Fiolet w akcji:


Kwiatek do kwiatka - napar z klitorii w towarzystwie storczyka o podobnej barwie ;)

sobota, 19 września 2020

Pozbywanie się herbat cz. 1

Herbaty zbieram i piję namiętnie od lat! Od pewnego czasu jednak odnoszę nieodparte wrażenie, że mam ich za dużo, kupionych w herbacianym szale i pragnieniu poznawania nowości. Znakomitej większości z nich nie piję, leżą te listki odłożone w kąciku i patrzą smutno, prosząc o chwilę uwagi. 

Gust herbaciany mam od dawna wyrobiony. Utwierdzam się w przekonaniu, że nie lubię zielonych herbat, z kilkoma wyjątkami. Serdecznie nie znoszę od lat pu-erhów. Niezmiennie uwielbiam herbaty czarne i turkusowe oraz niektóre białe. Wystarczy mi w domu po kilka przedstawicieli tych rodzajów i tyle.

Nakupowałam z kilka rodzajów herbat zielonych i teraz się z nimi męczę. Co mam więc począć z pełnowymiarowymi saszetkami i próbkami herbat o różnej barwie i smaku? Ano wypić! ;) Wyrzucić byłby to najcięższy grzech herbaciarza!

Fog Green Tea

To klasyczna zielona herbata z Chin, prowincji Hubei o ciemnozielonych listkach. Fotki nie będzie, bo nie zrobiłam. Napar w smaku dla mnie dosyć paskudny - niby delikatny, ale trawiasty i z dużą goryczką. Żadnych kwiatów ani masła nie wyczułam. Zdołałam wypić dwa parzenia. Serdecznie podziękuję! Już jej nie mam w zasobach, hurra! 

Gunpowder z czarną porzeczką i żeń-szeniem

Dosyć przyjemna w smaku aromatyzowana zielona herbata, głównie dzięki dodatkom, jednak jako już rzekłam, nie gustuję w zielonych... Tutaj także wyczuwalna jest goryczka i roślinność smaku charakterystyczna dla zielonych herbat. Fotki również brak.

China Snow Buds 

Mam mieszane odczucia odnośnie tej herbaty. To herbata biała, jak nazwa wskazuje, oczywiście z Chin, prowincji Yunnan, po polsku można ją przetłumaczyć jako "Śnieżne Pąki". Zaparzyłam ją dwukrotnie w ok. 77-80 stopniach C, najpierw przez 3 minuty, a potem 5, a później jeszcze dwukrotnie inną, znacznie mniejszą porcję liści.

Po pierwszym parzeniu zwrócił moją uwagę przede wszystkim ładny, lekko różowawy kolor naparu. Smak względnie delikatny, wyczuwalna jest w tle smużka prażonych ziaren, jednakże w momencie przełykania i po przełknięciu na języku pozostaje bardzo gorzki posmak. Psuje on mój odbiór tej herbaty.  Z kolei napar po zaparzeniu mniejszej porcji liści (resztka) zawierał w smaku znacznie mniej goryczki. Stąd wniosek, że tej herbaty nie należy parzyć metodą gong fu cha (ok. 1/3-1/2 liści na gaiwan), tylko bardziej w "zachodni" sposób (ok. 1/4 listków na gaiwan). 

 
 

Hawaii Kīlauea Mountain Oolong

To oolong, który, zgodnie ze swoją nazwą, rośnie na zboczach wulkanu Kilauea na wyspie Hawai'i. Ma ciemnobrązowe listki.

Zrobiłam 3 parzenia w temperaturze 96-90 stopni C przez kilkadziesiąt sekund. Ta herbata potwierdziła moją miłość do oolongów! :) Pierwszy i drugi i trzeci łyk – pychota! Cudowny, kwiatowo-miodowy smak we wszystkich parzeniach, zero goryczki! Czuć miodowy posmak przede wszystkim w pierwszym parzeniu, przy dalszych staje się bardziej kwiatowy. Kolor naparu piękny - bursztynowo-miodowy. Kilauea oolong to niezwykle rzadki rarytas, jednakże zdecydowanie warto go poznać!

 
 

 



niedziela, 20 października 2019

Zhen Shan Xiao Zhong 2018

Nie było mnie tu już ponad rok!
Wiadomo, życie.
Czas nieco ożywić bloga.

Skoro reaktywacja, to i herbata musi być odpowiednia. Z wysokiej półki. :)
Wybrałam w tym celu Zhen Shan Xiao Zhong z 2018 roku.
Kupiłam tylko 5 g próbkę w Czarce w Krakowie. Estetycznie opakowanie - elegancka próżniowa torebeczka, wzmocniona od wewnątrz kartonikiem - znakomicie oddaje jakość smaku Zhen Shan Xiao Zhong
Ta czarna herbata pochodzi z Chin z rezerwatu Tongmu Guan, w paśmie gór Wuyi, w prowincji Fujian.
Zalicza się do grupy Lapsang Souchong.
Jej walory smakowe zależą bowiem od specjalistycznego procesu obróbki.
Aby nie mnożyć bytów bez potrzeby, zainteresowanych szczegółowym opisem produkcji omawianej herbaty odsyłam do strony Czarki.

To cud, miód i orzeszki, nie herbata! ;)
Po pierwsze, smak Zhen Shan Xiao Zhong jest istotnie wędzony, jednak w wydaniu nader subtelnym. Według mnie to wykwintny, lekki, dymny aromat suszonych owoców (ściślej śliwek), nie tak nachalny, jak w zwykłym Lapsangu*. Zapach unosił się już po otwarciu torebeczki.
Po drugie, herbata nie zawiera absolutnie żadnej goryczki! W dodatku jest bardzo aksamitna w odczuciu, miękko przepływa przez gardło.
Po trzecie, jest wyjątkowo wydajna - wytrzymała aż 8 parzeń i długo utrzymywała swoje walory kolorystyczne i smakowe.
W przeciwieństwie do wielu herbat, które w teorii można wielokrotnie zaparzać, różnica smaku między 1 a 4 parzeniem była niewielka.
Lżejsze zabarwienie naparu widoczne natomiast było już po 2 zaparzeniu.
Koniecznie muszę dokupić ten rarytas!


Listki przed zaparzeniem:

I parzenie:

 Listki po zaparzeniu:

Różnica między I a II parzeniem (I po prawej, II po lewej):

Gustowna torebeczka:


* Lapsang od jakiegoś czasu był na mojej liście herbat zakazanych, jednak ostatnio znów się do niego przekonałam - piję go w połączeniu z Earl Greyem lub Śniadaniem w Krakowie (Five O'Clock). Ot, dzięki temu uzyskuję własnego Hrabiego Harlemu. :D (być może pamiętacie, tutaj pisałam o The Earl of Harlem z Ambessy)

wtorek, 15 sierpnia 2017

Thé en Occitanie

Uwielbiam zbierać herbaty i herbaciane wspomnienia z różnych zakątków świata.
Na Środkowym i Dalekim Wschodzie jeszcze nie byłam, muszą mi więc wystarczyć indyjskie, chińskie i japońskie herbaty dostępne w Polsce. Bliskowschodnich (a ściślej arabskich) wpływów liznęłam trochę w słonecznej Andaluzji, a teraz nadszedł czas na Oksytanię, chociaż bardziej podoba mi się nazwa Langwedocja.

Oksytania (Occitanie) to nowy region w południowo-zachodniej Francji powstały w styczniu 2016 na mocy połączenia dwóch dawnych departamentów Languedoc-Roussillon i Midi-Pyrénées. Jego obecna nazwa i kształt bardziej odpowiada historii tego obszaru.
Marzyłam o odwiedzeniu Oksytanii przez kilkanaście lat, odkąd dowiedziałam się o bogatej mieszance kulturowej tego regionu. Swego czasu interesowałam się wierzeniami i kulturą albigensów oraz przede wszystkim twórczością truwerów i trubadurów!
Wprawdzie już dawno temu moja fascynacja tym zagadnieniem osłabła, jednak cieszę się, że mogłam wreszcie zobaczyć najważniejsze ośrodki ruchu katarów.

À propos trubadurów... nawet mają swoją ulicę w Carcassonne. :)


Jak już wspominałam nieraz na blogu (tu i tutaj), w Andaluzji tradycja picia herbaty jest nadal bardzo silna, w każdym mieście można natrafić na urokliwie urządzone teteríe w stylu orientalnym z sziszami, poduchami, dywanami, lustrami i bogatą ornamentyką na ścianach. ♥ 
A jak rzecz się ma w Oksytanii?

Ku mojej radości w tym rejonie również jest dużo herbaciarni (salons du thé)!
Nie powinno to dziwić, zwłaszcza, że południe Francji zawsze ciążyło bardziej ku Hiszpanii, a język oksytański ma więcej wspólnego z katalońskim niż francuskim. ;)
Podobnie jak w Walencji ulice w miasteczkach opisane są w dwóch językach - francuskim i oksytańskim. Czasem nawet można i kataloński spotkać, czego przykładem jest np. opactwo Saint-Michel de Cuxa (francuski) - Sant Miquel de Cuixà (kataloński).  

"Herbaciane salony" znajdują się m.in. w Tuluzie, Carcassonne, Béziers, Albi, Saint-Guilhem-le-Désert i w Castres. W większości są to jednak sklepiki z herbatami i herbacianymi utensyliami. Czasem zdarza się, że w ofercie bywa również możliwość napicia się tego naparu bogów. Zwykle są one połączone z kawiarnią i cukiernią, a nawet winiarnią. Ich herbaciana oferta nie jest bardzo wyszukana, a liście lub torebkę parzy się w typowo europejski sposób w czajniczku. Nie należy się spodziewać, żeby ktoś tam parzył herbatę metodą gongfu cha czy chanoyu albo na sposób bliskowschodni. ;)
Aczkolwiek gwoli ścisłości w dwóch salons du thé zoczyłam gaiwany, czajniczki z glinki yixing i żeliwne

W jednym z nich, w Carcassonne, nawet możliwe jest, że stosuje się gongfu cha, gdyż w tej herbaciarni znajdowało się sporo wschodnich utensyliów, a nawet posążki Buddy.
Tam kupiliśmy sobie przeuroczy błękitny czajniczek z Tybetu z metalowymi okuciami. Spoglądał na nas z wysokości półeczki i prosił, aby go przygarnąć, nie mogliśmy się mu oprzeć. Pełni on funkcję wyłącznie dekoracyjną. 


Tam też kupiłam czarną herbatę z dodatkiem wanilii i czerwonych owoców - Thé de la Cité w czarnej torebce. Herbata jest smaczna i intensywna, poniżej widać ją w trakcie parzenia i smakowania. Błękitna czarka jest moja, zaś czarny czajniczek z chińskim smokiem należy do Właścicieli wynajmowanego przez nas domku. :)



Z kolei herbata w pudełeczku koloru fiołkowo-liliowego - Macaron Violette - to zakup z Saint-Guilhem-le-Désert. Mieszanka zielonej i czarnej herbaty z dodatkiem płatków róż, malwy, jaśminu i pomarańczy, nazwana na cześć fiołkowych ciasteczek macarons à la violette. Jeszcze jej nie testowałam. 

Odkąd dowiedziałam się na studiach o istnieniu opactwa Saint-Guilhem-le-Désert i gdy zobaczyłam jego zdjęcia pokazywane na slajdach w sali wykładowej, zakochałam się i marzyłam, aby je kiedyś zobaczyć. ♥ Samo opactwo ku czci św. Wilhelma (hrabiego Tuluzy, księcia Akwitanii i fundatora klasztoru) robi większe wrażenie na zdjęciach niż w rzeczywistości (wyobrażałam sobie je bardziej "monumentalnie"), ale całe miasteczko jest przeurocze. Na pewno zostanie mi w pamięci. Szkoda tylko, że to już turystyczna masówka z mnogością zwiedzających i sklepików nastawionych na turystów. Trochę byłam tym zaskoczona, gdyż u nas w Polsce mało kto słyszał o Saint-Guilhem-le-Désert.
Chociaż sporo osób zjeżdża do tego miasteczka tylko po to, aby z braku dostępu do morza poplażować i wykąpać się w rzece Hérault. :D

Widok na piękne opactwo, zaliczane do tzw. pierwszej sztuki romańskiej (premier art roman / art roman lombard):





środa, 27 lipca 2016

Oolongowe rarytasy

Dawno mnie tu nie było! :)

Czas przenieść się z Bliskiego Wschodu znów w rejon Dalekiego Orientu.
Jak zwykle, kolejna porcyjka oolongów. ;)


Wuliangshan Gaoshan Oolong

Mocno oksydowany oolong pochodzący ze zbiorów w Yunnanie z 2008 r.
Herbata godna polecenia dla wielbicieli  mocno fermentowanych oolongów.
Na oko dałabym z 60-70 % oksydacji. 
Rzeczywiście mocno wydajna herbata - wytrzymała 9 parzeń. :) Aczkolwiek ostatnie dwa były już "trawiaste". Barwa naparu, jak na fermentowany oolong przystało, żółtopomarańczowa.
Wyczuwalna jest w smaku silna nuta drzewna i prażona, a także niestety lekka goryczka.
Liście po zaparzeniu wydzielają ciekawy zapach - nie do końca prażony, jakby z nutą słodyczy.

I parzenie - 25 sek., II - 15 sek., III - 15 sek., IV - 20 sek. V - 30 sek.


Liście przed i po zaparzeniu:



Gaiwan, czareczka w towarzystwie jadeitowego dysku bi oraz książki traktującej o sztuce azjatyckiej: 
 

Napar w czareczce:





Przy okazji pochwalę się ozdobioną przeze mnie czareczką:




Kaoribi Oolong

Bardzo nietypowa herbata turkusowa, bowiem pochodząca z ...Japonii!
A konkretnie z ogrodu Pana Shibamoto w Makinoharze (prefektura Shizuoka).
Taki japoński rodzynek, bowiem Japończycy specjalizują się głównie w herbatach zielonych, oolongi to u nich rzadkość.
Kolor naparu całkiem ładny - zielonożółty, z przewagą żółci.
Wystarczy wypić pierwszy łyk, aby wyczuć, że to japońska herbata. Smak bardzo...zielony. ;) Powiedziałabym, że na pograniczu słabo oksydowanych oolongów i herbat zielonych.

Wyczuwam też coś jakby lekki posmak słynnego umami. Na szczęście do gyokuro tej herbacie daleko. Całkiem smaczna. Najlepszy jest posmak, który zostaje na języku po jej skosztowaniu - miodowa słodycz.
Drugie parzenie niestety jest już niesmaczne - za zielone i trawiaste. ;)

I parzenie - 35 sek., II - 25 sek.

Liście przed i po zaparzeniu:


Napar w kolejnej czarce:

niedziela, 13 grudnia 2015

Świąteczne herbaciane porządki cz. 1

Święta się zbliżają, czas pozbyć się herbat zalegających na półkach. ;)
Szczególnie próbek kupionych kilka lat temu i czekających na swoją kolej ...dość długo.

Dziś, w ramach czystki i przy okazji post-konferencyjnego relaksu, na pierwszy ogień poszły:
Złota latarnia, zielona herbata z lawendą morską oraz Che Nhai Jasmine.

 Złota latarnia

Moja próbka miała postać malutkiego sprasowanego gniazda, owinięta była w papierek ochronny. Przypominała wizualnie miniaturkę pu-erha.
 Złota latarnia, na szczęście, to czarna herbata. Zaparzyłam ją we wrzątku na ok. 3 minuty, spróbowałam i yyy... zapach i smak paskudny. Kwaskowaty i jakby winny?
Dzielnie wypiłam pierwsze parzenie (zastanawiając, czy się nie otruję) i zaparzyłam kolejne, dłuższe. To drugie było o wiele bardziej intensywne, za mocne, taka typowa, kolokwialnie pisząc, ..."siekiera". Gorzki smak piołunu, kwasu i wina był znacznie bardziej wyrazisty. :P

 Gniazdko:

1 parzenie:

2 parzenie:


Zielona z lawendą morską

Podobnie jak powyższa herbata, ta również była sprasowana, jednak dla odmiany w elegancką, trapezowatą kostkę.
Zapach próbki niezbyt zachęcający, ale do odważnych świat należy! :)
Smak... ohydny - tutaj znów przebijał ten kwaskowato-gorzki posmaczek prasowanej herbaty.
Pytanie, czy wszystkie "prasowanki" tak mają, czy też moje egzemplarze były już przestarzałe (pleśni żadnej ani innego mikrobiologicznego tałatajstwa na szczęście nie zaobserwowano). :P
Zdecydowanie nie będę za tą herbatą tęsknić.


1 parzenie:


 Che Nhai Jasmine

To zielona herbata o jaśminowym aromacie wywodząca się z Wietnamu.
Zaparzyłam ją w ok. 70-80 stopniach C na ok. 1,5 minuty. Co ciekawe, na torebce na odwrocie napisano, żeby ją parzyć przez 5 minut w 100 stopniach (!). Całkiem smaczna - wyraźnie przebijał smak jaśminu, ale zielona herbata również była wyczuwalna.

Saszetka:
 

Przelewanie naparu:

Uchwycona kropelka naparu (i przy okazji mój kciuk, nie było rady, skoro parzyłam w gaiwanie :P):

Na koniec - w ramach odtrutki - znakomicie sprawdził się znów Dongfang Meiren (Bai Hao). <3

sobota, 5 grudnia 2015

Mi Lan Xiang Dan Cong & Phoenix Dan Cong Huang Zhi Xiang

Tym razem dwa Dan Congi.

Tak, dobrze widzicie - to gaiwan, wreszcie mój własny. ;)
Pierwsze nalewanie - tragedia - ała, to parzy! i tyyyle porozlewałam (ówczesny brak cha pana mocno dał się we znaki, tyle sprzątania!), na szczęście w kolejnych parzeniach się już wycwaniłam. :P
Gaiwan jest nieduży (ok. 100 ml) i bardzo poręczny, zgrabny - w sam raz dostosowany do szerokości mojej ręki.

Jeśli chodzi o herbaciane wrażenia:

Zgodnie z zasadami, zaparzyłam Mi Lan Xiang Dan Cong w temperaturze ok. 95 stopni (I parzenie - 15 s., II - 17 s., III - 40 s.), zaś Phoenix Dan Cong Huang Zhi Xiang w 90 stopniach ( I - 25 s., II - 25 s., III - nie liczyłam, ale pewnie ok. 50 s.).

To oolongi o wysokim stopniu oksydacji (nie podano, ile procent, ale podejrzewam, że ok. 60-70%). Oba charakteryzują się prostymi, brunatnymi liśćmi, nie zwiniętymi, jak w przypadku innych oolongów, szczególnie tych słabiej oksydowanych.

Barwa ich naparu się nieco różni - Mi Lan ma jaśniejszy odcień, lekko różowawy i rdzawy, natomiast Phoenix ciemniejszy i bardziej pomarańczowy. 


Smakowo wypadają podobnie - przy obu wyczuwalna jest mocno goryczka, wytrawność i drzewność, na stronie Czarki pisano nawet o whisky, z czym nawet jestem skłonna się zgodzić (whisky serdecznie nie znoszę :P). Słodyczy, podobno również cechującej te oolongi, nie uświadczyłam. Natomiast trzeba przyznać, że w Phoenix podczas pierwszego parzenia wyczułam delikatną miodową nutę. Gdyby tylko wszystkie parzenia ją miały. ;)

Phoenix smakował mi bardziej niż Mi Lan, jest bardziej wyrazisty, mniej trawiasty i gdzieniegdzie czuć nutkę miodu, mimo iż, że to właśnie Mi Lan oznacza miodową orchideę. :P 
Przy czym, w przypadku Mi Lan zalecam I parzenie dłuższe niż powyżej - ok. 40 s. - wówczas herbata jest smaczniejsza i mocniejsza (i goryczka niestety mocniej wyczuwalna).  

Mi Lan Xiang Dan Cong:

 
 Phoenix Dan Cong Huang Zhi Xiang:



sobota, 21 listopada 2015

Tie Guan Yin vs. Lishan Tie Guan Yin

Opiłam się dziś strasznie, niemal tak, ze nie mogę już patrzeć na oolongi... :D
Zrobiłam po kilka parzeń 3 rodzajów herbat turkusowych, a że moi Domownicy nie gustują w tego typu cudactwach (wypili łącznie może ze 4 czarki), resztę wchłonęłam sama.
Co za dużo, to niezdrowo. :P

Tym razem prezentuję dwie próbki herbaty z tego samego kultywaru, jednakże zupełnie inne - pochodzą z różnych krajów, różnią się procesem przygotowania liści i mają inne walory smakowo-zapachowe. ;)

Tie Guan Yin - Żelazna Bogini Miłosierdzia to bardzo znany lekko oksydowany oolong wywodzący się z Anxi w prowincji Fujian w Chinach. Od dawna uwielbiam jego nazwę, zarówno w wersji polskiej, jak i chińskiej. <3 Tę próbkę kupiłam w małym, hermetycznym oryginalnym chińskim opakowaniu - dodaje walorów estetycznych. ;)
Smak tej herbaty jest delikatny, ale wyraźnie kwiatowy - przypomina mi jaśmin. Pychota!

Z kolei Lishan Tie Guan Yin jest produkowany na prywatnej plantacji Lishan Diao Qiao Tou w Lishan na Tajwanie. Podlega dwutygodniowemu procesowi prażenia. Zalicza się do mocno oksydowanych oolongów. Moja próbka pochodzi z tegorocznych majowych zbiorów. To rzadka herbata, co niestety odbija się w cenie.
Smak jest mocny i bardzo drzewny. Interesujący i przypadł mi do gustu - jednak to według mnie herbata na wyjątkowe okazje, zbyt "ciężka" na co dzień.  Zdecydowanie raczej nie dla amatorów lekkich oolongów. ;) Z opisu wynika, że wyczuwalny jest także miodowy i słodki aromat. Przyznam, że akurat tego nie poczułam, bardziej "ostrość" prażonego smaku.
Herbata jest bardzo wydajna, podobno może mieć kilkanaście parzeń, zrobiłam jednak 8, więcej nie byłabym w stanie wypić. :P Zwykle moim zdaniem w herbatach 2 pierwsze parzenia są dobre, reszta już trawiasta, a tutaj faktycznie wyraźny drzewny smak utrzymywał się w dalszych parzeniach.

Próbka Tie Guan Yin w zgrabnej torebeczce:


 Tie Guan Yin i zestaw z Cieszyna (cieszę się ogromnie, że naprawiona przeze mnie czarka nie przecieka i jak najbardziej nadaje się do użytku :D):


Lishan Tie Guan Yin i Cacuszko:

 
Po lewej Lishan Tie Guan Yin, po prawej tradycyjny Tie Guan Yin:



czwartek, 15 października 2015

Cacuszko

Tym razem przedstawiam przywiezione z zagranicznego wyjazdu nowe Cacuszko (przez duże C!) do kolekcji, zakupione w ichniejszej herbaciarni.

To chińskie naczyńko wykonane z glinki yixing, będące czymś pośrednim pomiędzy gaiwanem a houhinem. Ujęło mnie od pierwszego wejrzenia!
Nie mogłam się mu oprzeć, stało na stoliku, roztaczało przede mną swoje wdzięki i prosiło oczkami kota ze Shreka, aby je przygarnąć.
Bardzo wygodne w użyciu i co najważniejsze - nie ślini się wcale! Hurrra!
To nie takie częste, 2 spośród 3 moich czajniczków yixing mają słabo wyprofilowane dzióbki i przy nalewaniu herbaty nie da się uniknąć jej rozlania.
Czasem chapan byłby naprawdę przydatny, jednak na razie go nie mam.
Cacuszko liczy sobie 160 ml pojemności.

Obok Cacuszka  stoi chińska czareczka, którą dostałam na imieniny od Rodziców, a w niej tradycyjnie, cieszyński Da Hong Pao.
Na stole nie mogło także zabraknąć książki. :)

piątek, 8 sierpnia 2014

Houhin

Czas na prezentację kolejnego naczyńka do parzenia herbaty.

Oto przed Wami mój houhin, chociaż w tym wypadku z kształtu to cosik pomiędzy houhinem a shiboridashi. Wzornictwo oraz materiał sugeruje, że jest to wyrób chiński, nie japoński.

 
To maleństwo, liczące zaledwie 80 ml. Zaparzyłam w nim resztkę wspomnianej wcześniej Rou Gui. Udało mi się go dopasować do chińskiej czarki, którą kupiłam już dawno temu.
Niewielkie pojemności utensyliów są charakterystyczne dla gonfu cha, chińskiej ceremonii parzenia herbaty. Zwykle do tego stosuje się gaiwan (najczęściej nieprzekraczający 150 ml), tzw. morze herbaty oraz zestaw maleńkich czarek (25 ml). 


Dla wyjaśnienia i uporządkowania:


Houhin (Houbin) ほうひん - japońskie naczyńko (czajniczek), dość pękate z dziobkiem i pokrywką, często ma sitko z dziurkami, służące do parzenia głównie zielonych herbat, np. gyokuro lub senchy (o ile sencha może być, to gyokuro, tak ceniona przez koneserów, jest dla mnie niestrawna).


źródło: http://forums.egullet.org/topic/119295-lets-see-your-teaware/page-4
Moje cacko powyżej zostało opatrzone etykietką houhin, jednak jest od niego płytsze, nadto to wyrób chiński, stąd prędzej można nazwać go odmianą gaiwana.


Shiboridashi 絞り出し - również pochodzą z Japonii, zwykle są dość płytkie, posiadają pokrywkę z charakterystycznymi nacięciami. Tu znów moje shiboridashi, pokazywane we wcześniejszej notce, jest dość głębokie, ale takie też bywają. Shiboridashi również stosuje się do zielonych herbat.


źródło: http://www.artisticnippon.com/



Gaiwan 蓋碗 - chińskie naczynie, bez dzióbka, z pokrywką i najczęściej ze spodkiem (choć bywają i bez). Nalewanie naparu z gaiwana wymaga pewnej precyzji i wyćwiczenia. 


Źródło: http://www.teageek.net/


Cebei 側杯 - chińska odmiana gaiwana dla osób nie lubiących utrudniać sobie życia. ;) Ma dzióbek, sitko, pokrywkę i uwaga, uszko!



żródło: http://www.chaki.info/product_info.php?cPath=30&products_id=222

 
Cha hai 茶海 (morze herbaty) - dzbanuszek wyglądający z grubsza jak ten do śmietanki do kawy, otwarte naczyńko z dzióbkiem i uszkiem. ;) Służy często jako pośrednik między gaiwanem a czarkami. W celu uzyskania jednolitego naparu przelewa się herbatę z gaiwana do morza herbaty, a następnie do czarek.

źródło: http://orientshop.com.pl/pl/p/Cha-Hai-Morze-Herbaty-D/669 (dokładnie takie samo mam, lecz nie tutaj, dlatego zdjęcie z witryny sklepu)

 
Wen Xiang Bei 聞香杯 (niuchar) - to wysoka i wąska czarka, służąca do "słuchania" herbaty, wczuwania się w jej zapach. Nazywa się ją po polsku bardzo uroczo "niucharem" (to słowo o dość młodym rodowodzie, podobne zresztą jak ten typ naczyńka, mający ok. 30 lat). Często niuchar jest dostępny w zestawie ze zwykłą czarką do picia herbaty.