Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maroko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maroko. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 września 2016

Podpłomyk i masala chai

Dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami...
przygotowałam sobie obiad w takiej oto postaci:


Nieco w orientalnym stylu.
Podpłomyk, masala chai, marokańska szklaneczka, takiż lampion i książka z kultury islamu. 

Przepyszne podpłomyki można zjeść na Festiwalu Słowian i Wikingów w Wolinie (Jomsborg-Weneta), który odbywa się co roku. Są smażone na ogniu, na płaskiej blasze i na świeżo smarowane wypełnieniem wedle uznania klienta. Do wyboru są twarożek z czosnkiem i ziołami, dżem i miód.
Ulubiłam sobie ziołowy serek, ma smak niepowtarzalny, tylko na Jomsborgu można go skosztować.  Aż mi ślinka cieknie na wspomnienie tych podpłomyków! :)

Niestety moje podpłomyki nie umywają się do tych wolińskich. Smaczne są, ale to nie to samo.
Składniki "farszu" są następujące: ser biały z cebulą, świeżym imbirem, przyprawami (oregano, bazylia, sól, pieprz, przyprawy tajskie etc.).

Zaś chai masala, nie chwaląc się, wyszła mi smakowicie. Tak ostro-korzenna i tak słodka, jak lubię. :)
Szklaneczka niestety należy już do przeszłości, w trakcie mycia rozleciała mi się na kawałeczki. Szczęśliwie zdążyłam jej wcześniej zrobić zdjęcia pro memoria.


piątek, 17 czerwca 2016

Paraíso del té

W Polsce można napotkać wiele herbacianych zakątków, inspirowanych "drogą herbaty" z Chin, Japonii i szeroko pojętego Dalekiego Orientu.
Rzadko natomiast spotyka się klimaty Bliskiego Wschodu.
Dlatego po raz kolejny chciałabym się z Wami podzielić pięknymi wspomnieniami i osobistymi wrażeniami z innego herbacianego świata, jeszcze europejskiego, ale ze względu na swoją przeszłość mocno przesyconego kulturą islamu.

Gdy myślę o Andaluzji, w moim umyśle zarysowuje się natychmiast kilka skojarzeń: głęboki lazur nieba; nasycony i gwieździsty lapis lazuli (majorell); mieniące się blaskiem złoto; wyrazisty żółcień i oranż murów pradawnych budowli Maurów; jaskrawa biel urokliwych miasteczek; misterne i wysublimowane ornamenty sztuki mauretańskiej, mozarabskiej i w stylu mudéjar; a wreszcie niesamowicie wonna herbata, głównie czarna i zielona.
 
Oto przed Wami TasMahal (Taj Mahal) z jednej z herbaciarni w Maladze. Przepyszna herbata z mlekiem w marokańskim czajniczku i takiejż szklaneczce na stoliczku zdobnym arabskimi ornamentami.
To czarna herbata z bergamotką, różą, kwiatami pomarańczy, cynamonem i wanilią. Pychota!
Zwykle piję herbatę bez cukru, jednak tutaj ten dodatek znakomicie dopełnia smak.

 
Kolejna pyszność hebraciana to Amor Brujo, miłość zakazana, zaklęta, magiczna i czarnoksięska. :)
Herbata czarna z kardamonem, goździkami, cynamonem, wanilią, różnymi owocami i kwiatami pomarańczy. Również podawana była z mlekiem i cukrem.  
Smak istotnie niepokojący - wyczuwalna była nuta cokolwiek nietypowa, niby ziołowa, a nie do końca, intrygująca. Przyznam, że nie wiem, który składnik odpowiada za ten odcień smaku, gdyż nie przypomina mi on żadnego z nich.
Do kompletu zjadłam pyszną bakławę (a przynajmniej podejrzewam, że to ona, ciastko nie było opisane w menu ;)).
 
Normalnie w tym lokalu nie sprzedaje się herbat, ale udało mi się kupić jej próbkę posługując się dziwaczną mieszanką angielskich, hiszpańskich słów i języka gestów (sympatyczny pan zapytał mnie, czy znam hiszpański, bo on angielski nie bardzo, więc trzeba było sobie radzić bez tego).
Mogłam więc wypróbować tę herbatę w dwóch odsłonach: mlecznej i bezmlecznej.

Oto kawałek mojej domowej Andaluzji. Amor Brujo zaparzona przeze mnie:
 
 
 
Mogę powiedzieć jedno - andaluzyjscy spece od herbaty wiedzą, co robią! Ten napar urzekający w połączeniu z mlekiem i cukrem, w wersji samotnej już nie był tak smaczny - przede wszystkim uderzała w nim kwaskowa nuta hibiskusa, której nie lubię. Zaskakujące, gdyż hibiskusa w składzie herbaty nie ma.
Na szczęście ta sama herbata z mlekiem i cukrem zachowała swój andaluzyjski smak. :)
 
I na koniec, jedna z moich ulubionych piosenek o pięknym tytule - Ensueño w wydaniu nieśmiertelnego duetu - Freddie'go Mercury'ego i Montserrat Caballé.
To jedyny utwór, w którym Freddie zaśpiewał barytonem (nie swoim zwyczajnym tenorem), i to po hiszpańsku.


sobota, 30 maja 2015

Maroko vs. Rosja

Jeszcze tutaj nie prezentowałam "nowego-starego" zestawu herbacianego.
Zwracają uwagę nietypowe czareczki ...z uszkiem - taki kaprys twórców kompletu. :)
I dla osób, nieprzyzwyczajonych do picia z jakichkolwiek naczyniek bez uszek, rzecz przydatna.

Poniżej zdjęcia sprzed kilku miesięcy.

1. Zdaje się, że tradycyjnie zaparzyłam wówczas Earl Greya.
Obok czajniczka i czarki znajduje się marokańska świeczka z ornamentalnym ażurem, od razu wytwarza odpowiedni nastrój. :)

2. Tym razem masala chai. Obok czajniczka i czarek stoi "grająca" misa tybetańska. 



Gdybym miała powiązać ten zestaw herbaciany z krajem, kojarzy mi się z dwoma, jakże odmiennymi - z Marokiem i z... Rosją. Przydałoby się w nim zaparzyć herbatę przywodzącą na myśl wschodnie stepy np. Rosyjską karawanę. ;)

Pamiętam, że moja śp. Ciocia (w zasadzie Babcia stryjeczna) daleko, daleko stąd, w miejscowości przy granicy białoruskiej (!) miała sporej wielkości samowar. Jako dzieciak przyglądałam mu się z ciekawością. Niestety moje usiłowania namówienia dorosłych do zaparzenia w nim herbaty spełzły na niczym. Nie wiadomo, co się z tym samowarem stało, a szkoda, bo bym go przygarnęła. ;) Inna rzecz, że nie bardzo byłoby go gdzie postawić, mógł mieć z pół metra.

I skoro już zaczęłam rosyjskie klimaty, od których zwykle stronię (z wyjątkiem literatury i herbaty), poczęstuję Was jednym z moich ulubionych cytatów z Białej Gwardii Michaiła Afanasjewicza Bułhakowa:

"kaflowy piec w jadalni ogrzewał i utulał malutką Helenkę, najstarszego Aleksieja i całkiem jeszcze nieporadnego Nikołkę. Jakże często odczytywano w cieple buchających żarem płaskich kafli Cieślę z Saardamu, kurantowy zegar wygrywał gawota, a pod koniec grudnia zawsze pachniało igliwiem i na zielonych gałęziach płonęła kolorowa parafina. Stojącemu w sypialni matki, gdzie teraz śpi Helenka, mosiężnemu, co wygrywał gawota, odpowiadał z jadalni czarny, ścienny, bił spiżowe. Ojciec kupił go dawno, kiedy modne jeszcze były śmieszne, bufiaste rękawy. Panie już noszą się inaczej, czas przeleciał jak iskra,umarł ojciec, który był profesorem, wszyscy są już dorośli, a zegar został taki sam i bił spiżowe. Tak do niego wszyscy przywykli, że gdyby jakimś cudem zniknął któregoś dnia ze ściany, byłoby tak smutno, jakby zamilkł głos kogoś bliskiego, niczym by się nie dało wypełnić tej pustki. Ale zegar na szczęście jest z pewnością nieśmiertelny, nieśmiertelny jest też Cieśla z Saardamu i polewane kafle niczym mądra skała, w najcięższych chwilach gorące i zbawcze."


Cieśla z Saardamu, zegar i piec. <3
 Naprawdę polecam Białą Gwardię - ciężka lektura, ale spodobała mi się bardziej niż cokolwiek oblatany już Mistrz i Małgorzata.Tak, herezję piszę i Michaił Afanasjewicz by mi tego raczej nie wybaczył. :P
Gorzej jednak, że sceniczna wersja tej powieści, znana jako Dni Turbinów, przypadła też do gustu Stalinowi. Choć zupełnie nie rozumiem, dlaczego, skoro to książka przychylna Białej Armii Denikina. :P