środa, 1 lipca 2015

Qing Feng Xiang Yun

Od czasu, gdy w celach zdrowotnych i dietetycznych usiłowałam pić typowe ciemne i ziemiste pu-erhy, nie tykałam tego gatunku herbaty.
Paskudztwo i tyle.

Niedawno postanowiłam zmienić swoje nastawienie i skusiłam się na pu-erh, tym razem zielony jaśminowy o nazwie Qing Feng Xiang Yun (普茶花韵). Kupiłam niewielką próbkę z rok temu (jak nie więcej) i wreszcie się doczekała swoich 5 minut.
Zaparzyłam tę herbatę zgodnie z wytycznymi odnośnie pu-erhów: w temperaturze ok. 96 stopni. 2 parzenia po 20-30 sek. pełnią rolę "czarkomyjek" i "uwalniaczy walorów herbaty". Dopiero 3, również 30-sekundowe, służy do picia.



 
Wrażenia?
Zgodnie ze swoją nazwą, ta herbata nie smakuje jak typowy pu-erh, goryczki i ziemistości brak. Hurra! Przyrównać ją można raczej do zielonej herbaty. Różni ją jednak zdecydowanie większa słodycz i brak gorzkiego "trawiastego" posmaku. Za to herbata zyskuje duży plusik ode mnie.
Niestety jest niezbyt intensywna w smaku i barwie.

Nie jestem przekonana odnośnie metody picia dopiero 3 naparu.
Po pierwsze, to marnotrawstwo herbaty i wody, po drugie, zwykle w herbatach najbardziej cenię 1 napar. Kolejne, wbrew ogólnym opiniom, są według mnie znacznie gorsze i mniej intensywne.
1 parzenie Qing Feng Xiang Yun pachniało przepięknie jaśminem, 2 nieco mniej, a 3 wcale.
A podobno listki herbaty mają się budzić po 2 parzeniach?
Przezornie zostawiłam 2 napar w czarce dla porównania i do wypicia. Był znacznie bardziej intensywny niż 3, zaś 3 bardziej słodki.

Albo ze mną coś jest nie tak i nie umiem parzyć herbat albo ta metoda parzenia niekoniecznie się sprawdza. Możliwe, że przesadziłam z ilością wody na ilość herbaty - próbka była naprawdę mikroskopijna (ok. 2 g na 100 ml). Spotkałam się z różnymi opiniami - jedni twierdzą, że pu-erhy należy parzyć 1 g na 100 ml, inni twierdzą, że w stylu gongfu cha tj. 5-7 g...

sobota, 6 czerwca 2015

Czarka herbaciana u boku Afrodyty

Tematyka egzaminu sprzed 5 dni (wywołał u mnie uczucie deja vu, gdyż odbywał się w moim macierzystym Instytucie po kilkuletniej przerwie)  natchnęła mnie do napisania tego posta (zbliżonego zresztą do tej notatki):

Czy starożytni Rzymianie mogli znać herbatę? Nigdzie w literaturze nie natknęłam się na tę informację.
Aleksander Wielki dotarł aż do Indii, a niektórzy jego rzymscy spadkobiercy, walczący z Partami i Persami o ziemie azjatyckie, ulegali wpływom Wschodu (np. Marek Antoniusz, podejrzewany wraz z Kleopatrą o chętkę na utworzenie sobie państwa w Egipcie i Azji Mniejszej).
 Jest jednak jeden szkopuł - nie wiadomo, czy mieszkańcy Półwyspu Indyjskiego zdążyli już wtedy przejąć ten napój bogów od Chińczyków. Możliwe, że jeszcze nie, skoro w Tybecie herbata pojawiła się dopiero w VII w. n.e.

Poniżej czarka herbaty szkliwiona na ciemno i chropowato, z wyjątkiem mozaikowego trójkącika. Całość przypomina mi grecko-rzymskie mozaiki, dlatego wkomponowałam ją w towarzystwo replik Wenus z Milo, rzymskich monet (Cezara, Augusta i Klaudiusza) i mozaiki z Mauzoleum Galli Placydii w Rawennie. ;)
Znów część przedmiotów sprzed lat się przydało jako rekwizyty.



Dla dopełnienia całości, hipodrom w Konstantynopolu, w którym cesarze rzymscy, począwszy od Konstantyna I Wielkiego, umieszczali posągi i obeliski "zrabowane" z innych rejonów Imperium:

Źródło: tutaj

środa, 3 czerwca 2015

Kamien zeslany z nieba

Zaglądnęłam dziś do nowego sklepu Czarki i zaopatrzyłam się w nowe cacko, autorstwa Pana Willego. :)

Pierwsze, co mnie urzekło na wystawie, to czarka. *_*
Przepiękny i bogaty kolor wnętrza, jak kwiat chabru, jak lapis lazuli, jak indygo, jak ciemnobłękitny jadeit!
Wzór na czarce wygląda istotnie jak rozwinięty kwiat.
Uwielbiam tę barwę. w prawie każdym wydaniu. Zresztą nawet noszę dziś bransoletkę z lapisem i jadeitem.

Lapis według terminologii perskiej (لازورد lāzaward) oznacza "niebo" lub "raj". Urocza konotacja.
Shiboridashi zaś nabyłam do kompletu, niestety nie ma w sobie już nic z niebiańskiego kamienia.



                                                                               ***

I poniżej kilka przykładów sztuki z wykorzystaniem lapisu:

Kamea z wyobrażeniem Buddy Bhumisparsha w kunsztownej złotej oprawie, wykonanej techniką filigranu i emalii:

Źródło: tutaj
Zrekonstruowana Brama Isztar z Pergamonmuseum w Berlinie, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie 5 lat temu.
Źródło: tutaj
Na lapis i inne odcienie błękitu można się też natknąć w krainach o wpływach arabskich. Dość wspomnieć o słynnym niebieskim mieście Chefchaouen w Maroku.
Chciałabym się tam kiedyś znaleźć!
Żródło: tutaj
Szczęśliwie w cudownej Andaluzji, a ściślej w mojej ukochanej Kordobie, również przyłapałam błękit:





sobota, 30 maja 2015

Maroko vs. Rosja

Jeszcze tutaj nie prezentowałam "nowego-starego" zestawu herbacianego.
Zwracają uwagę nietypowe czareczki ...z uszkiem - taki kaprys twórców kompletu. :)
I dla osób, nieprzyzwyczajonych do picia z jakichkolwiek naczyniek bez uszek, rzecz przydatna.

Poniżej zdjęcia sprzed kilku miesięcy.

1. Zdaje się, że tradycyjnie zaparzyłam wówczas Earl Greya.
Obok czajniczka i czarki znajduje się marokańska świeczka z ornamentalnym ażurem, od razu wytwarza odpowiedni nastrój. :)

2. Tym razem masala chai. Obok czajniczka i czarek stoi "grająca" misa tybetańska. 



Gdybym miała powiązać ten zestaw herbaciany z krajem, kojarzy mi się z dwoma, jakże odmiennymi - z Marokiem i z... Rosją. Przydałoby się w nim zaparzyć herbatę przywodzącą na myśl wschodnie stepy np. Rosyjską karawanę. ;)

Pamiętam, że moja śp. Ciocia (w zasadzie Babcia stryjeczna) daleko, daleko stąd, w miejscowości przy granicy białoruskiej (!) miała sporej wielkości samowar. Jako dzieciak przyglądałam mu się z ciekawością. Niestety moje usiłowania namówienia dorosłych do zaparzenia w nim herbaty spełzły na niczym. Nie wiadomo, co się z tym samowarem stało, a szkoda, bo bym go przygarnęła. ;) Inna rzecz, że nie bardzo byłoby go gdzie postawić, mógł mieć z pół metra.

I skoro już zaczęłam rosyjskie klimaty, od których zwykle stronię (z wyjątkiem literatury i herbaty), poczęstuję Was jednym z moich ulubionych cytatów z Białej Gwardii Michaiła Afanasjewicza Bułhakowa:

"kaflowy piec w jadalni ogrzewał i utulał malutką Helenkę, najstarszego Aleksieja i całkiem jeszcze nieporadnego Nikołkę. Jakże często odczytywano w cieple buchających żarem płaskich kafli Cieślę z Saardamu, kurantowy zegar wygrywał gawota, a pod koniec grudnia zawsze pachniało igliwiem i na zielonych gałęziach płonęła kolorowa parafina. Stojącemu w sypialni matki, gdzie teraz śpi Helenka, mosiężnemu, co wygrywał gawota, odpowiadał z jadalni czarny, ścienny, bił spiżowe. Ojciec kupił go dawno, kiedy modne jeszcze były śmieszne, bufiaste rękawy. Panie już noszą się inaczej, czas przeleciał jak iskra,umarł ojciec, który był profesorem, wszyscy są już dorośli, a zegar został taki sam i bił spiżowe. Tak do niego wszyscy przywykli, że gdyby jakimś cudem zniknął któregoś dnia ze ściany, byłoby tak smutno, jakby zamilkł głos kogoś bliskiego, niczym by się nie dało wypełnić tej pustki. Ale zegar na szczęście jest z pewnością nieśmiertelny, nieśmiertelny jest też Cieśla z Saardamu i polewane kafle niczym mądra skała, w najcięższych chwilach gorące i zbawcze."


Cieśla z Saardamu, zegar i piec. <3
 Naprawdę polecam Białą Gwardię - ciężka lektura, ale spodobała mi się bardziej niż cokolwiek oblatany już Mistrz i Małgorzata.Tak, herezję piszę i Michaił Afanasjewicz by mi tego raczej nie wybaczył. :P
Gorzej jednak, że sceniczna wersja tej powieści, znana jako Dni Turbinów, przypadła też do gustu Stalinowi. Choć zupełnie nie rozumiem, dlaczego, skoro to książka przychylna Białej Armii Denikina. :P

sobota, 23 maja 2015

W przestrzeni Smoka

Wieki całe mnie tutaj nie było!
W każdym razie, żyję i mam się względnie dobrze. ;)

Zwiedziłam dziś wystawę w Muzeum Narodowym w Krakowie "W przestrzeni Smoka". Jeśli ktoś z Was będzie miał okazję być w Królewskim Mieście przed lipcem br., szczerze polecam! :)
Przecudne cacka prezentowane na wystawie cieszyły moje oko - oszałamiające bogactwo ornamentów i feeria barw.
Eksponaty pochodzą z różnych epok, najstarsze jeszcze sprzed Ery Chrystusa, a najmłodsze datują się na 1. połowę XX w. 
I jaaaki złocisty, eteryczny i żywy smok wita nas na wejściu! :) Nagrałam wideo, może kiedyś wrzucę.
Wróciwszy do domu, zainspirowana pięknościami z gablot przyrządziłam sobie oolong Oriental Taiwan Beauty, zwaną inaczej i bardzo ładnie - Dongfang Meiren lub też bardziej znajomo - Bai Hao

                                                                            *** 

Dongfang Meiren w chińskiej czarce, u jej boku stoi houhin w towarzystwie mojego drewnianego smoczka, repliki wojownika ze słynnej Terakotowej Armii cesarza Qin Shi oraz chińskich przyborów do kaligrafii:



                                                                        ***

I poniżej urokliwe cacuszka z wystawy:

Czajniczek z brązu, ozdobionym dwoma smokami oraz talerz z takimż motywem, powstałe za dynastii Qing w XIX w.:


Bodhisattwa Amitajus z epoki Qing, ok. 1770 r.:


Znane miłośnikom herbaty czajniczki Yixing, również z czasów dynastii Qing: :)


Pięknie ilustrowany zwój poziomy z jedwabiu zwany poetycko "Wytworne spotkanie w Zachodnim Ogrodzie":


Cudny ptak wśród roślinności namalowany tuszem na zwoju pionowym:


sobota, 31 stycznia 2015

Dung Ting

Zakupiłam sobie niedawno próbkę Dung Ting Hong Shui Lugu LGTTS, unikatowego oolonga z jesiennych zbiorów w 2013 r. na Tajwanie. Cechuje się stosunkowo niskim procentem oksydacji i parzy się go niebywale krótko (50 sekund - 1 parzenie).
 Jest delikatny i łagodny w smaku. :)
Warto spróbować, zwłaszcza, że jego zapas był już na wykończeniu. ;)


czwartek, 8 stycznia 2015

Ciepło, cieplej i najcieplej

W Święto Trzech Króli (dziś też) przyrządziłam sobie rozgrzewającą mieszankę herbacianą, która była dla mnie konieczna, aby się rozbudzić w nocy i nabrać sił do pisania referatu na konferencję.

Przepis prościutki:

- saszetka herbaty czarnej Earl Grey
- sok malinowy, ilość wedle uznania
- kilka goździków
- szczypta cynamonu
- plasterek cytryny lub pomarańczy
- pół łyżeczki/łyżeczka miodu, opcjonalnie, w przypadku, gdyby sok był nie dość słodki

To mieszanka, którą stosuję już od kilku lat, pierwszy raz spotkałam się z podobną w Tea Club ładnych parę lat temu (zamiast cytryny była pomarańcza i nie było chyba cynamonu) oraz w Cafe Zakątek w kwietniu zeszłego roku, ukrytą pod uroczą nazwą Napój Bogów (w niej z kolei brakowało cytrusa, o ile dobrze pamiętam).


Pewnie rozpoznajecie książkę na zdjęciu. ;) Świetna lektura, bez problemu znalazła się na liście moich ulubionych, naprawdę polecam, dziwię się sobie, że zabrałam się do niej tak późno.