wtorek, 15 sierpnia 2017

Thé en Occitanie

Uwielbiam zbierać herbaty i herbaciane wspomnienia z różnych zakątków świata.
Na Środkowym i Dalekim Wschodzie jeszcze nie byłam, muszą mi więc wystarczyć indyjskie, chińskie i japońskie herbaty dostępne w Polsce. Bliskowschodnich (a ściślej arabskich) wpływów liznęłam trochę w słonecznej Andaluzji, a teraz nadszedł czas na Oksytanię, chociaż bardziej podoba mi się nazwa Langwedocja.

Oksytania (Occitanie) to nowy region w południowo-zachodniej Francji powstały w styczniu 2016 na mocy połączenia dwóch dawnych departamentów Languedoc-Roussillon i Midi-Pyrénées. Jego obecna nazwa i kształt bardziej odpowiada historii tego obszaru.
Marzyłam o odwiedzeniu Oksytanii przez kilkanaście lat, odkąd dowiedziałam się o bogatej mieszance kulturowej tego regionu. Swego czasu interesowałam się wierzeniami i kulturą albigensów oraz przede wszystkim twórczością truwerów i trubadurów!
Wprawdzie już dawno temu moja fascynacja tym zagadnieniem osłabła, jednak cieszę się, że mogłam wreszcie zobaczyć najważniejsze ośrodki ruchu katarów.

À propos trubadurów... nawet mają swoją ulicę w Carcassonne. :)


Jak już wspominałam nieraz na blogu (tu i tutaj), w Andaluzji tradycja picia herbaty jest nadal bardzo silna, w każdym mieście można natrafić na urokliwie urządzone teteríe w stylu orientalnym z sziszami, poduchami, dywanami, lustrami i bogatą ornamentyką na ścianach. ♥ 
A jak rzecz się ma w Oksytanii?

Ku mojej radości w tym rejonie również jest dużo herbaciarni (salons du thé)!
Nie powinno to dziwić, zwłaszcza, że południe Francji zawsze ciążyło bardziej ku Hiszpanii, a język oksytański ma więcej wspólnego z katalońskim niż francuskim. ;)
Podobnie jak w Walencji ulice w miasteczkach opisane są w dwóch językach - francuskim i oksytańskim. Czasem nawet można i kataloński spotkać, czego przykładem jest np. opactwo Saint-Michel de Cuxa (francuski) - Sant Miquel de Cuixà (kataloński).  

"Herbaciane salony" znajdują się m.in. w Tuluzie, Carcassonne, Béziers, Albi, Saint-Guilhem-le-Désert i w Castres. W większości są to jednak sklepiki z herbatami i herbacianymi utensyliami. Czasem zdarza się, że w ofercie bywa również możliwość napicia się tego naparu bogów. Zwykle są one połączone z kawiarnią i cukiernią, a nawet winiarnią. Ich herbaciana oferta nie jest bardzo wyszukana, a liście lub torebkę parzy się w typowo europejski sposób w czajniczku. Nie należy się spodziewać, żeby ktoś tam parzył herbatę metodą gongfu cha czy chanoyu albo na sposób bliskowschodni. ;)
Aczkolwiek gwoli ścisłości w dwóch salons du thé zoczyłam gaiwany, czajniczki z glinki yixing i żeliwne

W jednym z nich, w Carcassonne, nawet możliwe jest, że stosuje się gongfu cha, gdyż w tej herbaciarni znajdowało się sporo wschodnich utensyliów, a nawet posążki Buddy.
Tam kupiliśmy sobie przeuroczy błękitny czajniczek z Tybetu z metalowymi okuciami. Spoglądał na nas z wysokości półeczki i prosił, aby go przygarnąć, nie mogliśmy się mu oprzeć. Pełni on funkcję wyłącznie dekoracyjną. 


Tam też kupiłam czarną herbatę z dodatkiem wanilii i czerwonych owoców - Thé de la Cité w czarnej torebce. Herbata jest smaczna i intensywna, poniżej widać ją w trakcie parzenia i smakowania. Błękitna czarka jest moja, zaś czarny czajniczek z chińskim smokiem należy do Właścicieli wynajmowanego przez nas domku. :)



Z kolei herbata w pudełeczku koloru fiołkowo-liliowego - Macaron Violette - to zakup z Saint-Guilhem-le-Désert. Mieszanka zielonej i czarnej herbaty z dodatkiem płatków róż, malwy, jaśminu i pomarańczy, nazwana na cześć fiołkowych ciasteczek macarons à la violette. Jeszcze jej nie testowałam. 

Odkąd dowiedziałam się na studiach o istnieniu opactwa Saint-Guilhem-le-Désert i gdy zobaczyłam jego zdjęcia pokazywane na slajdach w sali wykładowej, zakochałam się i marzyłam, aby je kiedyś zobaczyć. ♥ Samo opactwo ku czci św. Wilhelma (hrabiego Tuluzy, księcia Akwitanii i fundatora klasztoru) robi większe wrażenie na zdjęciach niż w rzeczywistości (wyobrażałam sobie je bardziej "monumentalnie"), ale całe miasteczko jest przeurocze. Na pewno zostanie mi w pamięci. Szkoda tylko, że to już turystyczna masówka z mnogością zwiedzających i sklepików nastawionych na turystów. Trochę byłam tym zaskoczona, gdyż u nas w Polsce mało kto słyszał o Saint-Guilhem-le-Désert.
Chociaż sporo osób zjeżdża do tego miasteczka tylko po to, aby z braku dostępu do morza poplażować i wykąpać się w rzece Hérault. :D

Widok na piękne opactwo, zaliczane do tzw. pierwszej sztuki romańskiej (premier art roman / art roman lombard):





niedziela, 19 lutego 2017

Herbata Mnichów & Rooibos Sunrise

Ojej, jak dawno mnie tu nie było! Prawie trzy miesiące! Nawet nie wiem, kiedy ten czas zleciał.

Herbata Mnichów, jedna z moich ulubionych aromatyzowanych herbat, przez tyle lat jeszcze nie doczekała się osobnego wpisu. W styczniu zużyłam jej ostatnie zapasy, więc trzeba było ją uwiecznić! <3

To mieszanka czarnej i zielonej herbaty z dodatkiem jaśminu, wanilii i bergamotki. Szczególnie sobie cenię zapach i smak bergamotki, dlatego ta herbata kojarzy mi się z moich ulubionych Earl Greyem.
Ma charakterystyczny, intensywny smak hebraciano-kwiatowy. Paluszki lizać! :)

Poniżej w porcelanowym czajniczku i w czareczkach o chińskiej ornamentyce znajduje się Herbata Mnichów. Towarzyszy jej Rooibos Sunrise firmy Richmont w metalowym czajniczku. O Roiboosie pisałam tutaj.
Jako że herbata ma wschodnie korzenie, aromat kadzidła sprzyja atmosferze, a hasło "mnich" ostatnio wywołuje u mnie głównie skojarzenie z klasztorami buddyjskimi, kominka zapachowego i świeczek zabraknąć nie mogło! :)




środa, 7 grudnia 2016

Domowa Sushi-arnia z dodatkiem senchy

Dawno nie publikowałam czegoś stricte japońskiego na blogu. :)

Kultura, sztuka, filozofia i kuchnia japońska fascynują mnie od dawna.

Sushi jadłam już kilkakrotnie, tym razem postanowiłam zrobić samodzielnie futomaki.
Na składniki wnętrza wybrałam wędzonego łososia (lepiej nie ryzykować otrucia się surową rybą ;)), liście sałaty zielonej oraz tykwę marynowaną w sosie sojowym (kanpyō).

Oto moje futomaki w towarzystwie sosu sojowego, chrzanu wasabi i imbiru marynowanego:


Nie chwaląc się, jestem zadowolona z efektu i smaku. :)
Spodziewałam się, że wykonanie rolek będzie znacznie trudniejsze. Wbrew pozorom najbardziej upierdliwe było przygotowanie ryżu do sushi. Płukanie go x razy, gotowanie i ostudzanie.
Podobno sushi w wydaniu wytrawnego specjalisty nie powinno mieć fragmentu płata alg wewnątrz ryżu. Moje rolki niestety mają, jednak nie narzekam, skoro to pierwszy raz.

Zjadłam całość prawie sama. Moi Domownicy, z jednym chlubnym Wyjątkiem, nie tknęli tego "świństwa" (bo glony i tykwa, która wygląda jak ...). :P

I kolejne jadło, tym razem onigiri wegetariańskie. Kupione, mojego autorstwa jest jedynie kompozycja rekwizytów. Towarzyszy mu sencha w czareczce (z moich domowych zapasów). Przypomniałam sobie, że japońskie zielone herbaty to nie to, co kotki lubią najbardziej. ;)


sobota, 12 listopada 2016

Herbaciana biblioteczka

Jestem uzależniona od książek. ;) Czytam je nałogowo od momentu, kiedy nauczyłam się rozpoznawać literki, co daje już spore doświadczenie czytelnicze.
Mój pokój lada chwila zmieni się w stos makulatury - książki, stosując się bezwiednie do zasady horror vacui, anektują niemal każdą pustą przestrzeń płaską. :P

W porównaniu do innych dziedzin, literatura związana z herbatą zajmuje niewielki procent (raczej promil) mojej domowej biblioteczki. To zaledwie 5 książek.

  •  Aleksandra Görlich, Ichigo Ichie. Wchodząc na drogę herbaty. Mój najstarszy nabytek herbaciany, okolice roku 2010 lub 2011. Na razie pobieżnie przejrzany, rozpaczliwie domaga się lektury.
  • Przemysław Trzeciak, Powieki Boddhidharmy. Sztuka herbaty dawnych Chin i Japonii. Równie stary skarb, także patrzy na mnie błagalnie i woła od lat: "przeczytaj mnie!"
  • Robert Maciąg, Tysiąc szklanek herbaty. Kupiłam tę pozycję bodaj w 2012. Bardzo mi się spodobała ta opowieść - ciekawy, subiektywny opis podróży po Azji z perspektywy szlaków rowerowych i herbaty. Ładne zdjęcia, sugestywny tytuł (kojarzy mi się z 1001 nocy!) i urocza okładka.
  • Robert Tomczyk, Zapiski o herbacie. Mogłam ją nabyć w 2015 dzięki Łukaszowi S. Łukaszu, dziękuję stokroć! ;) Czeka w kolejce na przeczytanie.
  •  Justyna Mrowiec, Herbata. Moc smaku i aromatu. Tegoroczny nabytek. Zawiera interesujące przepisy, z kilku skorzystałam - polecam. Np. czarna herbata z czerwonym winem i przyprawami korzennymi (anyż, cynamon) - pycha! <3


poniedziałek, 31 października 2016

Halloween... i turecka miłosc

Zaniedbałam ostatnimi czasy bloga. Zbyt dużo się działo. ;)
Dziś z okazji 31 października planowałam wpis w klimacie Halloween - darzę ten zwyczaj dużą sympatią, mimo iż przyszedł on do nas z Zachodu. Niestety nie zdołałam dziś kupić dyni i zrobić lampionu (już dzieciakiem będąc o tym marzyłam i dotychczas to tylko sfera planów ;P).
Halloween spędziłam w pracy, a wieczorem uraczyłam się Amor Turco, przywiezioną w czerwcu tego roku z Andaluzji. To herbata w sam raz na jesienne, ponure wieczory (już o 17 ciemno... to bolesne!) - czarna z płatkami róży i, jak podejrzewam, korzennymi dodatkami.






sobota, 17 września 2016

Podpłomyk i masala chai

Dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami...
przygotowałam sobie obiad w takiej oto postaci:


Nieco w orientalnym stylu.
Podpłomyk, masala chai, marokańska szklaneczka, takiż lampion i książka z kultury islamu. 

Przepyszne podpłomyki można zjeść na Festiwalu Słowian i Wikingów w Wolinie (Jomsborg-Weneta), który odbywa się co roku. Są smażone na ogniu, na płaskiej blasze i na świeżo smarowane wypełnieniem wedle uznania klienta. Do wyboru są twarożek z czosnkiem i ziołami, dżem i miód.
Ulubiłam sobie ziołowy serek, ma smak niepowtarzalny, tylko na Jomsborgu można go skosztować.  Aż mi ślinka cieknie na wspomnienie tych podpłomyków! :)

Niestety moje podpłomyki nie umywają się do tych wolińskich. Smaczne są, ale to nie to samo.
Składniki "farszu" są następujące: ser biały z cebulą, świeżym imbirem, przyprawami (oregano, bazylia, sól, pieprz, przyprawy tajskie etc.).

Zaś chai masala, nie chwaląc się, wyszła mi smakowicie. Tak ostro-korzenna i tak słodka, jak lubię. :)
Szklaneczka niestety należy już do przeszłości, w trakcie mycia rozleciała mi się na kawałeczki. Szczęśliwie zdążyłam jej wcześniej zrobić zdjęcia pro memoria.


sobota, 30 lipca 2016

Bai Ji Guan

Bai Ji Guan to kolejny rzadki oolong, którego proces obróbki jest wyjątkowo wymagający. Zalicza się do skalnych herbat turkusowych z gór Wuyi, jednak wyróżnia go ...albinoski kultywar. ;) Dlatego krzew tej herbaty jest tak kapryśny w utrzymaniu i produkcji. ;)

Pierwsza próba:
Zaparzyłam go w stylu gongfu cha w ok. 90 stopniach C - I parzenie - 35 sek., II - 50 sek., III - 2 min.
Wydaje mi się jednak, że podobnie jak w przypadku Dung Ting Hong Shui Lugu LGTTS i być może Lishan Gui Fei dłuższy czas parzenia - tj. ok 1-1,5 min. dałby lepszy rezultat.
Napar po tradycyjnym jest dość lekki, bardzo delikatny, wyczuwalna jest głównie prażona, orzechowa nuta z lekkim posmakiem słodyczy. Co jest o tyle zaskakujące, że ów oolong jest słabiej prażony.
Opisywanych na stronie Czarki smaku owoców tropikalnych nie wyczułam.
Smak Bai Ji Guan przypomina mi powyżej wspomnianą wersję Dung Tinga. Jest smaczny, ale mógłby być smaczniejszy. ;)
Została mi resztka próbki, przetestuję jeszcze raz.

Druga próba:
90 stopni C, I parzenie - 1,5 min., II - 2 min.
Smak jest bardziej wyrazisty - mocniej prażony, jednak słodycz ustąpiła miejsca dość silnej goryczce.
Napar jest smaczny, aczkolwiek gdyby nie było goryczki, byłoby lepiej. ;)


Stanowisko bojowe parzeniowe ;)

Liście przed parzeniem:



Po zaparzeniu:



I próba, I parzenie:


Książka w tle to Powieki Bodhidharmy Przemysława Trzeciaka, która czeka na przeczytanie od ładnych kilku lat. ;)
Nie mogło również zabraknąć dla dekoracji mojego ukochanego jadeitowego dysku bi, który poznaliście już w poprzednim poście. Dyski bi były popularne w starożytnych Chinach, miały znaczenie ceremonialne - były zarówno wyznacznikiem rangi społecznej, jak i też stosowano je w obrządku funeralnym, towarzyszyły zmarłym w zaświaty. 
Najpierw pozbawione były ornamentacji, a później ozdabiano je najpierw prostymi geometrycznymi wzorami, a następnie wyszukanymi wizerunkami bóstw związanych z niebem. Mój dysk przedstawia feniksy (dość nietypowe, bo o dość smokowatych cielskach) w układzie antytetycznym. <3

II próba, I parzenie:

Na koniec przykład prozy poetyckiej, który mnie zachwycił. Pochodzi z czytanego dziś przeze mnie tomiku Leopolda Staffa Fletnia chińska:

Do przyjaciela

By podziękować ci za zaznajomienie mnie z tym poematem Tsu-kia-lianga, posyłam ci kilka liści herbaty. Pochodzą one z drzewa rosnącego w klasztorze położonym na górze O-mei.
Jest to najsławniejsza herbata Cesarstwa, jak tyś jest jego najsławniejszym pisarzem. Postaraj się o niebieski wazon z Ni-hing. Napełnij go wodą ze śniegu zebranego o wschodzie słońca na wschodnim stoku góry Su-szan, postaw ten wazon na ogniu z gałązek klonowych rzuconych na stary mech, dopóki woda śmiać się nie zacznie. Wtedy wlej ją w czarkę huang-cz'a, włożywszy w nią kilka liści tej herbaty, przykryj czarkę kawałkiem białego jedwabiu tkanego w Hua-szan i czekaj, aż w pokoju twoim rozleje się woń równa tylko ogrodowi w Feng-lo. Podnieś czarkę do warg swoich i zamknij oczy. Będziesz w Raju.
(s. 65)

Szkoda tylko, że Staff tłumaczył poezję chińską z francuskiego przekładu, a tłumaczenie tłumaczenia raczej od oryginału się oddala. :P Już nie mówiąc o tym, że oryginalne utwory były klasycznymi rymowanymi utworami poetyckimi.
Pomijając powyższe, klimat Staffowej prozy jest urzekający i idealnie wprowadza w herbaciany nastrój! :)

Przy okazji, szperając w internecie, zauważyłam, że już była dyskusja na temat tego wiersza na "Herbaciarzach" - tutaj.
Jak pisze Chacom, autorem pierwowzoru był Wan Tsi/Quang Tsi, żyjący w VIII w.